Film

183 metry strachu

Opublikował

dnia

Piękna kobieta i wściekły rekin – czy trzeba czegoś więcej żeby stworzyć wciągający horror? Hiszpański reżyser Jaume Collet-Serra wyszedł z założenia, że nie i postanowił przymknąć oko na niedostatki scenariusza (autorstwa Anthony’ego Jaswinskiego, który dał nam dotąd takie cuda jak „W głębi lasu” czy „Zniknięcie na 7. ulicy”… co to znaczy „nie znacie”??!), skupiając się niemal wyłącznie na pojedynkach pomiędzy tą dwójką bohaterów. A te wypadają zazwyczaj bardzo efektownie.

Dobra, niech będzie, że „183 metry strachu” (swoją drogą to fascynujące, że takie wzięte z czapy tytuły wciąż u nas przechodzą…) mają też jakąś fabułę i próbują popisać się pozorami psychologicznej głębi: Nancy (Blake Lively) wybiera się do Meksyku na samotny surfing w miejscu, które swego czasu uwielbiała jej zmarła matka; robiąc to, naraża się na krytykę młodszej siostry (Sedona Legge) i troskliwego ojca (Brett Cullen), ale nie ma zamiaru się tym przejmować – jej matka była typem „wojowniczki” więc ona również tak łatwo nie odpuści… tylko co będzie jeśli w poszukiwaniu „jeszcze jednej fali” natrafi w końcu na spragnionego krwi rekina, który odetnie jej drogę powrotną na suchy ląd?

Oczywiście: będzie miała dzięki temu świetną możliwość, by w pełni odkryć przed nami swą wojowniczą naturę i – jeśli tylko uda jej się przeżyć – udowodnić sobie samej, że jest godną następczynią wspaniałej matki. Krótko mówiąc: nawet średnio ambitnych psychoanalityków „183 metry strachu” raczej w kompleksy nie wprawią. Ale już taki Steven Spielberg mógłby być o parę scen z filmu swojego młodszego kolegi zazdrosny: pierwszy atak rekina, podczas którego bohaterka zostaje solidnie poturbowana, powoduje równie gwałtowny przypływ adrenaliny jak najlepsze sceny ze „Szczęk”, a i później zdarzają się momenty, w których Collet-Serra umiejętnie łączy tradycyjne i cyfrowe efekty specjalne, skutecznie wstrząsając wcinającymi popcorn widzami. Tyle, że… no właśnie, nie jest to ten rodzaj kina, która sprawiałby, że zupełnie zapominamy o trzymanym na kolanach kartonie z popcornem i dajemy się na dobre porwać opowiadanej historii. Nie można też w tym wypadku mówić o nieustannie gęstniejącej atmosferze grozy, jak np. w uwielbianym-lub-nienawidzonym „Oceanie strachu”; Collet-Serra to człowiek akcji (większość widzów kojarzy go dziś jako reżysera trzech sensacyjnych przebojów z Liamem Neesonem – „Tożsamości”, „Non-Stop” i „Nocnego pościgu” – choć przecież zaczynał karierę właśnie od kina grozy, sprawnym remakiem „Domu woskowych ciał”) i po trzymającym w napięciu otwarciu dba głównie o to żeby ciągle coś się działo, nawet jeśli niekoniecznie ma to sens. W miarę trwania seansu rekin ujawnia się więc jako supersilne, superinteligentne i supermściwe monstrum, o jakim nigdy nie uczyliście na lekcjach przyrody, a bohaterka wykazuje się wytrzymałością, hartem ducha i pomysłowością godną największych ekranowych twardzieli. Nawet rozciągające się wokół widoczki (w rzeczywistości nie tylko meksykańskie, ale i australijskie) sprawiają wrażenie nieziemskich, wręcz bajecznych, co dodatkowo podkreśla niezbyt realistyczny charakter filmu. Jeśli jednak idziecie na „183 metry strachu” z nastawieniem „rozerwijmy się trochę, podpompowując organizm adrenaliną i pocieszając się, że dzień spędzony w morzu to nie zawsze najlepszy pomysł” – nie powinniście być tym seansem zawiedzeni.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

183 metry strachu
Tytuł oryginalny: The Shallows
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: Jaume Collet-Serra
Obsada: Blake Lively, Brett Cullen, Sedona Legge, Óscar Jaenada
Dystrybutor: UIP

zobacz w cc

Polecamy także