Literatura

Adam Deka – Wije

Opublikował

dnia

Pośród mniej lub bardziej znanych opowieści należących do nurtu animal attack, historie Adama Deki zebrane w tomie pt. „Wije”, należą do osobnego nurtu historii o zwierzętach zagrażających człowiekowi. Można byłoby je — jakkolwiek świadczyłoby to o nadprodukcji terminologicznej — określić mianem insect attack, tj. utworów ukazujących zagrożenie ludzkości ze strony owadów, które zmutowały bądź wyroiły się w liczbie naruszającej stan równowagi. Do tak rozumianego nurtu insect attack zaliczają się, prócz utworów Deki, choćby powieści: „Odraza” (1986; wydanie pol. 1992) Guya N. Smitha (pisarz ten pojawia się zresztą jako autor wprowadzenia do omawianego zbioru) i „Zielony mózg” (1966; wydanie pol. 1993) Franka Herberta. Opowieści takie mają zresztą dość zacną tradycję, wywodzącą się w literaturze polskiej od „Doktora Muchołapskiego. Fantastycznych przygód w świecie owadów” (1921) Erazma Majewskiego.

Deka zdecydował się na krótką formę prozatorską, zestawiając w jednym tomie dwie historie o agresywnych insektach. Jest to rozwiązanie, którego nie można ocenić w jednoznaczny sposób. Z jednej strony — o czym dowodnie przekonuje lektura powieści Smitha — dłuższa forma i związana z jej wyborem konieczność stopniowania napięcia dość rychło może prowadzić do groteskowego przerysowania. Jego konsekwencją zaś bywa najczęściej nieintencjonalna śmieszność, rozbrajająca nie tylko misternie konstruowane poczucie zagrożenia, ale i obrzydzenia, jakie ewokują owady (zwłaszcza pojawiające się w nadmiernej ilości). Z drugiej jednak: dwie opowieści — nawet kilkudziesięciostronicowe — to zdecydowanie za mało, by czytelnik zdążył zaangażować się w los bohaterów i odczuł cokolwiek poza powierzchownym uczuciem wstrętu. Tym bardziej, że obrane rozwiązanie edytorskie pierwszej historii (rozpoczynanie kolejnego rozdziału od stron nieparzystych) pozostawia nazbyt wiele pustego miejsca, które umożliwia nabranie dystansu do fabularnych zdarzeń. Owszem: tak obrana strategia umożliwia powiększenie objętości woluminu o kilka procent, jednak w opowieści grozy (podobnie zresztą, jak w każdej dobrze opowiedzianej historii) nie chodzi o ilość zajmowanych stron, tylko rozplanowanie dramaturgiczne, które nie pozwoli oderwać się od lektury. A tego w tomie Deki zabrakło — zwłaszcza w drugim, współtworzącym go opowiadaniu, tj. „Azylu Skolopendry”. Autor zastosował w nim odmienną, niż w wypadku „Wijów”, strategię i zrezygnował z podziału utworu na mniejsze całości. Dzięki temu zabiegowi autor osiągnął wprawdzie większą spójność, jednakże uczynił to zarazem kosztem przejrzystości fabularnej opowieści. Do pewnego stopnia usprawiedliwieniem dla poznawczego chaosu zdaje się miejsce akcji — szpital psychiatryczny, zarządzany przez demonicznego naukowca, prowadzącego na pacjentach nielegalne eksperymenty.

Już samo zawiązanie akcji mogłoby wystarczyć na samodzielną opowieść grozy, jednak pisarz zdecydował się na uczynienie owej placówki celem ataku tytułowych pareczników. Tym samym nadmiar bodźców grozy prowadzi jednak do lekturowego „znieczulenia” odbiorcy. Paradoksalnie, gdyby Deka zdecydował się na poszerzenie tomu o kolejne opowieści, być może otrzymalibyśmy wyłaniający się z poszczególnych utworów pełniejszy obraz świata zagrożonego ze strony owadów. Wówczas totalność niebezpieczeństwa byłaby bardziej sugestywna, co bezpośrednio przekładałoby się na czytelnicze odczucia. Tym bardziej, że nie można odmówić Dece znajomości zachowań istot, które opisuje (z dołączonej notki biograficznej dowiadujemy się, że jest on zapalonym terrarystą). Wypada nam przeto czekać na kolejne opowieści, których lekturę entomofobom stanowczo odradzamy.

 

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Adam Deka – Wije
Wydawca: Dom Horroru (2018)
Ilość stron: 184
Adam Mazurkiewicz

Z powołania i zamiłowania krytyczny czytelnik fantastyki i kryminału we wszystkich odcieniach. W chwilach, gdy nie czyta gotuje. Z zasady nie bierze udziału w życiu mediów społecznościowych, a mimo to nie czuje się wyalienowany.

Polecamy także