Komiks

Alive

Opublikował

dnia

alive

Opowiedzenie zamkniętej historii w zaledwie jednym, liczącym dwieście sześćdziesiąt stron tomie to duże wyzwanie, któremu Tsutomu Takahashi sprostał częściowo. Z jednej strony sięgnął po wiele schematów zakorzenionych między innymi w hollywoodzkich filmach, z drugiej zdołał stworzyć ciekawą, klaustrofobiczną atmosferę i sprowokować czytelnika do refleksji na podobnej zasadzie, na jakiej robią to scenarzyści serialu „Czarne lustro”.

Osoba skazana na śmierć, zwłaszcza jeżeli nie ma wątpliwości co do jej winy, na ogół nie może liczyć na empatię opinii publicznej, toteż w popkulturze rzadko możemy poznać dramat człowieka oczekującego na wyrok, którego strach postrzegany jest jako jeden z elementów kary. Jak historia sądownictwa (każdego jednego państwa) pokazuje, błędne wyroki zapadają jednak nierzadko, a na przeprosiny często jest po prostu za późno… Sytuacja Yashiro, bohatera „Alive”, jest jeszcze bardziej skomplikowana (co pozostawię do odkrycia we własnym zakresie), gdy przychodzi na niego czas, współwięźniowie dodają mu otuchy, „klawisze” zapewniają, że będzie żył dalej w ich sercach, a emocje uderzają w nieco przesadzoną, patetyczną nutę, bo więzienie zaczyna przypominać w tym wydaniu dom rodzinny, z którego siłą zostaje usunięty jeden z ukochanych mieszkańców.

Nie będzie zaskoczeniem ujawnienie, że Yashiro zostaje wplątany w klasyczną intrygę, w ramach której może zachować życie, ale w zamian musi przystąpić do rządowego, pozornie niegroźnego projektu. W kinie widzieliśmy to już wiele razy – oficjalnie uśmiercony skazaniec dostaje drugą szansę, ale radość nie trwa długo, bo jego łaskawcy nie są bezinteresowni, a ich interes może być nawet gorszy niż wyrok śmierci. Wstęp jest do bólu sztampowy, ale w trzecim rozdziale manga zaczyna nabierać oryginalnego charakteru, okazuje się bowiem, że mamy do czynienia z osobliwymi „egzorcyzmami” w wydaniu świeckim, kontrolowanymi przez naukowców i sięgającymi po najnowsze zdobycze technologii, zamiast po krucyfiks czy Biblię. Mało tego, z ciała ofiary wypędzany jest nie prastary demon, lecz „obcy”.

Trudno stwierdzić jakiego rodzaju jest to istota. Jedną z najlepszych decyzji Takahashiego jest ograniczenie wiedzy, jaką czytelnik może zdobyć. Raz słyszymy o „obcym” (zawsze w cudzysłowie), kiedy indziej o „czarownicy”, ale poznajemy jedynie domysły samych naukowców i to dopiero na jednym z ostatnich kadrów. Atmosfera tajemnicy służy „Alive”, które jako jednotomówka mogłoby zniechęcić przesytem treści. Z tej tajemniczości wyrastają także ciekawe pytania semantyczne o to, czym można nazwać egzorcyzm, opętanie czy istotę „obcą”. Kwestią najdziwniejszą jest jednak postawienie wyraźnego podziału płciowego, który zdaje się nie przystawać do standardów współczesnego świata.

„[…] Nawet jeśli zniszczymy czyjeś człowieczeństwo poprzez wzniecenie w nim pożądania, to mężczyzna nie zapała do kobiety żądzą mordu, dlatego że mężczyźni podświadomie uważają kobiety za osobniki słabsze. […] Będą walczyć, żeby zdobyć kobietę” – taki pogląd wygłasza zły do szpiku kości urzędnik państwowy i z mojej perspektywy to właśnie on zaczyna przypominać „obcego”, bo choć doskonale znane są mi wszystkie te „testosteronowe” stereotypy, to jednak nie mam poczucia, że żyjemy w świecie „weinsteinów” czy innych barbarzyńców, którzy tylko czekają, by ogłuszyć konkurenta maczugą i zaciągnąć wybrankę do jaskini niezależnie od jej woli. Z drugiej strony ten sam autor wykazuje się dużą wrażliwością, opowiadając historię zgwałconej kobiety, która bardziej od zemsty pragnęła akceptacji i miłości swojego partnera, można więc wysnuć wniosek, że wyraźna pogarda dla kobiet nie jest poglądem samego Takahashiego, a jedynie stworzonej przez niego postaci, którą chce ukazać jako jeszcze bardziej zepsutą i podłą.

Szósty rozdział przynosi także zwrot innego rodzaju – graficzny. Wreszcie dowiadujemy się, na co stać „obcego”, a jego moce mają oblicze horroru w typowym dla Japonii, surrealistycznym wydaniu (nie mam na myśli ani Sadako, ani Kayako, a raczej prace dziewiętnastowiecznego artysty Utagawy Kuniyoshiego). Najciekawiej prezentuje się rozciągnięta na dwie strony grafika z końca rozdziału, która jest wyraźnym hołdem dla malarstwa ukiyo-e. Widzimy na niej ogromną głowę i monstrualne dłonie oplatające jeszcze chwilę wcześniej pewnego siebie opryszka, przeciw któremu zwróciła się seksualna energia, jaką jeszcze chwilę temu zdawał się kontrolować. Zaraz później „testowi umysłu” poddany zostaje także Yashiro, a jego podróż przez wspomnienia i wyobrażenia o gwałcie, jakiego dopuszczono się na zmarłej partnerce to tak naprawdę test dla czytelnika, bo oglądanie tych przepełnionych okrucieństwem i brudem scen wywołuje autentyczne obrzydzenie.

Największym mankamentem „Alive” jest liczba stron. Emocje nie mogą zostać wystarczająco dosadnie wyrażone z uwagi na objętość tomu, a przez to tylko momentami można wczuć się w rozgrywany przez Takahashiego dramat. Szkoda, bo to interesujący (choć nie wolny od powielania klisz) horror sprawnie łączący wiedzę tajemną z wiedzą naukową oraz uwikłaną w nie tragedię jednostki.

Recenzent: Jarosław Kowal

Alive
Tytuł oryginalny: Alive
Scenariusz: Tsutomu Takahashi
Rysunki: Tsutomu Takahashi
Wydawca: Waneko (2017)
Liczba stron: 260

Polecamy także