Film

Amityville: Przebudzenie

Opublikował

dnia

Nawiedzony dom to prawdopodobnie najpopularniejsza lokalizacja w historii filmu grozy, a wśród nawiedzonych domów zdecydowanie najbardziej znanym jest ten z Amityville. Od blisko czterdziestu lat straszy w nim jednak przede wszystkim nuda.

Który horror ma na koncie największą liczbę sequeli? „Laleczka Chucky” i „Teksańska masakra piłą mechaniczną” doczekały się niedawno odpowiednio siódmej oraz ósmej części, „Koszmar z ulicy Wiązów” dorobił się dziewięciu odsłon, wliczając cross-over z „Piątkiem trzynastego”, ten z kolei straszył widzów już dwanaście razy. „Halloween” aktualnie zatrzymało się na poziomie dziesięciu tytułów (łącznie z filmami Roba Zombiego), ale kolejny zaplanowano na przyszły rok. Żadne z nich nie może się jednak równać z liczącym aż osiemnaście [sic!] filmów „Amityville”. Wynik imponujący, jednak spadek formy po świetnym oryginale jest w tym przypadku szczególnie wyraźny, a „Przebudzenie” pomimo pokładanych w nim nadziei, jest zaledwie odbiciem się od dna.

„Amityville” to seria specyficzna, nie ma wyrazistego czarnego charakteru na miarę Jasona Voorheesa czy Michaela Myersa, a większość związanych z nią ekranowych opowieści nie jest ze sobą w żaden sposób powiązana. Dostajemy jedynie charakterystyczny dom z zaokrąglonymi oknami na poddaszu (prawdziwy dom, w którym Ronald DeFeo Jr. dopuścił się masakry na członkach rodziny nie miał tego zakorzenionego w popkulturze atrybutu), ale i to nie zawsze… Czasami niedookreślone zło żyło jedynie w przedmiocie zabranym z owego domu, a nawet w zupełnie innym domu czy też w zakładzie psychiatrycznym albo w starym teatrze ulokowanym w tej samej wsi. Twórcy serii próbowali wszystkiego, nawet odcinka w konwencji found footage, a w ubiegłym roku opublikowali aż cztery części. Pytanie tylko po co? Każda z nich okazywała się totalną klapą.

„Przebudzenie” miało być nowym rozdaniem, pierwszym filmem od czasu remake’u z 2005 roku, który trafiłby do kin, ale po dwuletniej walce szefostwo Blumhouse Productions poddało się i poza pojedynczymi projekcjami w okresie poprzedzającym Halloween, produkowany przez aż pięć lat horror będzie można zobaczyć jedynie poprzez VOD. Planu dystrybucyjnego nie udało się wypełnić, plan na ocalenie serii przed zepchnięciem do roli horrorowego klasyku, do którego właściwie nikt nie odczuwa sentymentu zrealizowano natomiast połowicznie.

Jump scare wetknięty w scenariusz bez wyczucia tempa może wzdrygnąć widzem na ułamek sekundy, ale towarzyszy mu także ciągnące się przez kilka kolejnych minut zażenowanie. Podejrzewam, że reżyserowi Franckowi Khalfounowi nie o taki rezultat chodziło, bo chociaż wciska nam przeróżne banały (od standardowej słodko-strasznej dziewczynki rzucającej tajemniczymi zadaniami po dziwaczne odbicia w lustrze), to jednak wyraźnie blisko mu do ambitniejszego kina grozy. Jedną z dwóch najciekawszych postaci odgrywa tutaj Thomas Mann, który w pewnym momencie zaczyna wymachiwać egzemplarzem oryginalnego „Horroru Amityville” na DVD, proponuje obejrzenie go w domu, w którym rozgrywa się akcja historii i rzuca mądrościami typu: „W filmach chodzi o to, żeby uciec od rzeczywistości i mieć trochę rozrywki”. Wszystko wskazuje na to, że Khalfoun zapragnął swojego własnego Randy’ego Meeksa, który w „Krzyku” zachwycał dystansem do horroru i wytykaniem gatunkowych schematów.

Drugą znakomitą kreację tworzy Jennifer Jason Leigh, co nikogo nie powinno dziwić. Niezależnie, czy gra u Tarantino, u Lyncha, czy u Cronenberga, zawsze zachwyca immanentnymi dla jej osobowości skrajnościami – urokiem, inteligencją, opanowaniem, zadziornością oraz gotowością do rzucenia się na bagnety. Scenariusz nie daje jej dużo do zagrania poza udanym, o dziwo niespodziewanym, twistem, a jednak jej postać okazała się zaskakująco wiarygodna. Śmiem nawet przypuszczać, że Leigh nawet po obsadzeniu w polskiej telenoweli potrafiłaby wykazać się doskonałym kunsztem aktorskim.

„Amityville: Przebudzenie” miało dostać kategorię wiekową R, skończyło się na PG-13. Byłoby to zrozumiałe w przypadku globalnej (czy nawet krajowej) dystrybucji kinowej, ale skąd taka powściągliwość w przypadku VOD w czasach, gdy „To” Muschiettiego bije rekordy popularności? Większa dawka brutalności mogła uratować ten film, a ostatecznie po całej tej ciężkiej, kilkuletniej pracy dostaliśmy jednak zaledwie średniaka z kilkoma świetnymi momentami. Khalfoun udowodnił chociażby w „Maniac” z 2012 roku, że potrafi uprawiać sztukę kręcenia horroru, tym razem jego potencjał nie został wykorzystany, ale samej serii prawdopodobnie to nie zaszkodzi. Kolejne części powstaną, ale chyba już zawsze będą sprawiać większą przyjemność ich twórcom niż widzom.

Recenzent: Jarosław Kowal

Amityville: Przebudzenie
Tytuł oryginalny: Amityville: The Awakening
Kraj: USA (2017)
Reżyseria: Franck Khalfoun
Obsada: Jennifer Jason Leigh, Bella Thorne, Cameron Monaghan, Thomas Mann
Dystrybutor: brak

Polecamy także