Film

Annabelle: Narodziny zła

Opublikował

dnia

Pierwsza „Annabelle” nie miała rewelacyjnych recenzji, ale kiedy za drugą część postanowił wziąć się reżyser niedawnego horror-hitu „Lights Out” w sercach wielbicieli gatunku rozgorzała nadzieja: tym razem MUSI się udać! Tymczasem…

…jest niestety dokładnie odwrotnie. Pierwszy film nie był może jakimś szalonym eksperymentem, ale jednak serwował widzowi parę niespodzianek i na pewno nie był skonstruowany w najbanalniejszy z możliwych sposobów (pamiętacie początek z niepokojąco sfilmowanym „morderstwem w sąsiedztwie”?); dwójka to natomiast schemat na schemacie, dodatkowo poustawiane tak krzywo, że mniej więcej w połowie filmu cała konstrukcja zaczyna się sypać.

„Annabelle: Narodziny zła” to prequel prequela, a więc od razu wiadomo, że będzie tu sporo wyjaśniania co się z czego wzięło i do czego później doprowadziło. Moim zdaniem zaprzecza to idei dobrego horroru, w którym zło powinno być niedookreślone, dzięki czemu widz będzie mógł tworzyć sobie w głowie przeróżne scenariusze objaśniające źródło jego pochodzenia albo motywację działania – no ale niech będzie, że zdarzały się w przeszłości prequele nienajgorsze. Co więc tak bardzo nie zagrało tym razem?

Zacznijmy od tego, że historyjka o grupie dziewczynek przenoszących się z sierocińca do nawiedzonego domu nie ma szczególnie dużego potencjału szokowego: wiemy, że to komercyjny horror amerykański, wiemy też więc, że nikt się tu nie odważy dokonać rzezi nieletnich. Pozostaje więc naiwne straszenie nas, że być może jednak się mylimy, ale nie jest to niestety straszenie zbyt efektywne. Co prawda reżyser David F. Sandberg próbuje tu robić to samo, co robił w „Lights Out”: co chwilę gasi światło, jednocześnie dając do zrozumienia, że z mroków właśnie wyłania się jakaś okropna bestia – ale tym razem jakoś nie bardzo to działa. Częściowo dlatego, że po prostu NIE WIERZYMY żeby amerykańscy filmowcy mogli zrobić tym dziewczyneczkom coś złego, a częściowo dlatego, że tym razem Sandbergowi nie udaje się wykreować prawdziwej atmosfery grozy; w „Lights Out” od początku odczuwało się nastrój zagrożenia i na każdym kroku trzeba było być przygotowanym na najgorsze – tutaj z kolei nastrój grozy budowany jest z wielkim wysiłkiem, a do tego przez cały czas wiemy, że to w zasadzie taka zabawa i wcale nie musimy przygotowywać się na najgorsze.

Do tego dochodzi jeszcze mozolne wyjaśnianie jak to się stało, że w tytułową lalkę wniknął demon i bardzo nikłe wykorzystanie jej jako rekwizytu do straszenia. Poza tym, że Annabelle prezentuje się naprawdę szpetnie – jak ktokolwiek mógłby chcieć kupić taką lalkę?! – to nawet nie próbuje walczyć z Chuckym o tytuł Najwredniejszej Lalki Kina. Przez większą część filmu po prostu siedzi sobie grzecznie na krzesełku, czasem ruszy okiem albo przemieści się kiedy nikt nie patrzy – i niewiele więcej. Zamiast straszyć lalką, Sandberg woli nas straszyć ożywającym strachem na wróble albo morderczą zakonnicą (w końcu jesteśmy w uniwersum „Obecności”). I w porządku, niech mu będzie, tylko dlaczego zabrał się za kręcenie filmu z „Annabelle” w tytule?

Nie wszystko jest tutaj złe – bardzo dobrze wypadają dwie główne aktoreczki, Talitha Bateman („Historia zemsty”) i Lulu Wilson („Ouija: Narodziny zła”), obecność Stephanie Sigman dodaje obrazowi odrobinę erotyzmu, a Anthony LaPaglia i Miranda Otto z godnością, ale bezskutecznie wyczekują aż film dorośnie do ich możliwości – i trzeba przyznać, że od strony wizualnej film prezentuje się atrakcyjnie. Osobiście wolę jednak horrory brzydkie, ale za to straszące i zapadające w pamięć. O ładniutko sfotografowanym sequelu „Annabelle” zapomnę pewnie zaraz po napisaniu tej recenzji.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Annabelle: Narodziny zła
Tytuł oryginalny: Annabelle: Creation
Kraj: USA (2017)
Reżyseria: David F. Sanberg
Obsada: Talitha Bateman, Lulu Wilson, Stephanie Sigman, Anthony LaPaglia
Dystrybutor: Warner Bros. Polska

zobacz w cc

Polecamy także