Muzyka

Architects of Chaoz – The League of Shadows

Opublikował

dnia

architectz big

Tyle się Paul Di’Anno nagadał o tym, jak to będzie reaktywował Killers i nagrywał z tą grupą nowy album, a tu nagle wyskakuje z zupełnie innym krążkiem – nagranym wraz z czterema nieznanymi szerzej muzykami pod szyldem Architects of Chaoz. Chciałem się na niego wkurzyć bo przecież uwielbiam Killers, ale na szczęście debiut „Architektów Chaozu” okazał się na tyle dobry, że po wysłuchaniu trzech pierwszych utworów jakoś mi przeszło.

Jasne, Killers to Killers i Architects of Chaoz tej grupy nie zastąpi (ciągle czekam, Paul!), ale słuchanie dwunastu kompozycji upchniętych na „The League of Shadows” to również wielka radocha – zwłaszcza dla kogoś, kto wychowywał się na maidenowych hiciorach wyśpiewywanych przez Di’Anno, a potem cierpliwie wyczekiwał kolejnych wydawnictw artysty. Bywało lepiej, bywało też bardzo źle, ale z dużą radością donoszę, że „The League of Shadows” śmiało można zaliczyć do największych osiągnięć wokalisty – zaraz za dwoma pierwszymi krążkami Iron Maiden, „Murder One” Killers i „Fighting Back” Battlezone.

Te trzy pierwsze utwory, które od razu przekonały mnie do Architects of Chaoz, to: galopujący, wykrzyczany „Rejected”, bardziej melodyjny, ale też przetaczający się po słuchaczach ze słuszną furią „How Many Times” oraz najbardziej z nich wszystkich nawiązujący do stylu Iron Maiden „Horsemen”. Trzy dość różne, a jednak konsekwentnie metalowe utwory, które z jednej strony idealnie pasują do głosu Di’Anno i są jakimś tam echem jego dawnych dokonań, a z drugiej – są też na tyle dobrze wykombinowane, zagrane i brzmiące, że na pewno nie można ich nazwać autoplagiatami czy cieniem dawnych dokonań śpiewaka.

A co ważne, potem bynajmniej nie jest gorzej. Czwarta kompozycja z kolei, „Switched Off (Released)”, to Di’Anno w wydaniu bardziej epickim, ze spokojniejszymi momentami; „Erase the World” i „Dead Eyes” to mocne, nowoczesne granie, w którym pobrzmiewają też jednak wyraźne maidenowskie nuty; w „Architects of Chaoz” muzycy stawiają na wgniatanie słuchacza w wykładzinę, ale też nie brakuje tu bardziej finezyjnych zagrywek, a z kolei w „You’ve Been Kissed by the Wings of the Angel of Death” (co za tytuł! – i czy skrzydła naprawdę potrafią całować?!) znów powracają zabójcze melodie, z którymi Di’Anno radzi sobie absolutnie rewelacyjnie. I proszę mi nie mówić, że chłop ma „zdarty głos” i nie powinien śpiewać od jakichś kilkunastu lat. Tak, MA zdarty głos – ale śpiewać wciąż przecież potrafi, a do tego rodzaju numerów, jak wyżej wymienione to „zdarcie” pasuje doskonale. (Swoją drogą ciekawe, że do takiego Lemmy’ego z Motörhead jakoś nikt nie ma pretensji o to, że nie szanował strun, a biednemu Paulowi co chwilę się za to dostaje.)

Na finał zostaje jeszcze niezły, umiejętnie rozciągnięty „Apache Falls”, który może trochę niepotrzebnie rozpoczynają komiczne niby-indiańskie odgłosy, a wreszcie – ładniutki cover utworu Deep Purple „Soldier of Fortune”, w którym Di’Anno śpiewa z niespotykaną dla siebie czułością. Nie jest i nigdy nie był Davidem Coverdale’em, ale poradził sobie z tą klasyką całkiem nieźle, efektownie zamykając album, który może okazać się jego wielkim powrotem na heavy metalową scenę.

5 out of 6 stars

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Architects of Chaoz – The League of Shadows
Label: Metalville (2015)
Dystrybutor: brak

Polecamy także