Literatura

Artur Urbanowicz – Gałęziste

dnia

Mam szczęście do „Gałęzistego”. Pierwsze wydanie tej książki, jeszcze w kontrowersyjnym modelu vanity, podobało mi się wystarczająco, bym zwrócił uwagę, jako czytelnik i recenzent, na debiutującego nią autora Artura Urbanowicza. Jego nazwisko nie było jeszcze wtedy znane, pojawił się znikąd i zaserwował, mocno pulpową ale zgrabnie skrojoną, historię w stylu Mastertona, z wykorzystaniem słowiańskich wierzeń i własnego regionu. W chwili kiedy Wy sięgacie po tę książkę w wydaniu wydawnictwa Vesper, Artur Urbanowicz jest najbardziej rozpoznawalnym autorem grozy w tym kraju. I nie oszukujmy się – to w dużej mierze jego własna zasługa, a także ogromu pracy nad promocją siebie (to powód do podziwu!) oraz wiary we własne teksty (o czym pisze w świetnym „Posłowiu” Krzysztof Grudnik). Teraz ponownie miałem okazję przeczytać „Gałęziste” i nie ukrywam, że robiłem to z nadzieją, bo poprzednia powieść – „Inkub” – do której miałem pewne konkretne zastrzeżenia, jednocześnie sugerowała, że Urbanowicz ma znaczący potencjał, który rozwija systematycznie z książki na książkę. I po wznowieniu „Gałęzistego” widać to chyba najmocniej, zwłaszcza z perspektywy czytelnika tak wcześniejszej, jak i obecnej wersji.

„Gałęziste” jest powieścią inną niż jego pierwowzór – to widać po całości konstrukcji tekstu, po jego płynności, dopracowaniu, sprawniejszym prowadzeniu bohaterów, dialogów itd. Widać progres literackiego warsztatu – może nie na przestrzeni między „Inkubem”, a „Gałęzistym”, ale już pomiędzy pierwszą i drugą wersją tej książki – jak najbardziej.

Fabularnie powieść Urbanowicza określiłbym mianem prozy Stefana Dardy, któremu nagle wyrosły pazury bowiem obydwaj autorzy penetrują okolice horroru słowiańskiego, garściami czerpiąc z lokalnych wierzeń i naszej rodzimej mitologii. Jednak Urbanowicz idzie zdecydowanie dalej, odważniej, a często jednocześnie brutalniej i bardziej wyuzdanie. To proza która nie jest opowieściami tak nastrojowymi, jak np. „Dom na Wyrębach”, ale jednocześnie ma swoją siłę przekazu właśnie poprzez swą nieskrępowaną, pulpową radość. Urbanowicz doskonale odrobił zadanie domowe w temacie pulpowego horroru i składa dostępne dla gatunku elementy w elektryzującą całość. Owszem, zdarzają się mu warsztatowe potknięcia, jednak tutaj postaci wypadają o wiele naturalniej, niż np. w „Inkubie”, gdzie miejscami zdawały się na wskroś infantylne w swoich zachowaniach (na co pomstowałem w recenzji dla Grabarza Polskiego zresztą). Tutaj zarówno Tomek, jak i Karolina zdają się bardziej realni, autentyczni, a tym samym łatwiej przychodzi nam im uwierzyć. Uwierzyć w nich samych, w ich – choćby chwilowe, literackie – istnienie. Ich losy zdają się miejscami fantasmagorią, snem – zwłaszcza w chwilach rzeczywistego koszmaru, jednak wcześniejsze udane nakreślenie ich rysu charakterologicznego sprawia, że potrafimy na czas lektury zawiesić niewiarę i dać się porwać szalonemu pędowi fabuły.

„Gałęziste” to zdecydowanie klasyczny, pulpowy horror, ale jednocześnie przykład, że pulpa wcale nie musi być zła, wystarczy ją umiejętnie podać. Zwłaszcza, że w „Gałęzistym” kryją się też interesujące rozważania na temat korelacji pomiędzy wiedzą i wiarą – co udanie analizuje wspomniany Krzysztof Grudnik w „Posłowiu”, więc nie widzę sensu w obrębie recenzji powielać jego tez. Ale to akurat przykład na kolejny mocny punkt powieści Urbanowicza bowiem mamy tutaj kilka interpretacyjnych ścieżek, zależnych od przyjętego punktu widzenia – i w dodatku także punktu widzenia któregoś z bohaterów. Jeśli w „Grzeszniku” (wcześniejszej powieści Artura) miałem wielki problem z zakończeniem, to w „Gałęzistym” akurat, pewna swoboda interpretacyjna, pozwalająca w jednym przypadku podważyć realność całości powieściowych zdarzeń, sprawiła, że finał zdecydowanie mnie usatysfakcjonował.

Polecam tę powieść wszystkim, których ciekawi groza jako gatunek bowiem w nowej wersji „Gałęzistego” Urbanowicz nie odbiega od światowej średniej pulpowych autorów. Nie jest to może proza tak wybitna, jak wydana, również przez wydawnictwo Vesper, „Ćma” Jakuba Bielawskiego, ale spełnia się doskonale w roli klasycznej prozy rozrywkowej (a już na pewno lepiej, niż „n-te” wznowienie któregoś z klasycznych tytułów Mastertona). Co ważne, sądzę, że autor nie pretenduje ze swoją twórczością do miana „autora wybitnych, choć często hermetycznych powieści”, a celuje właśnie w gatunek mocno rozrywkowy, skierowany do szerszego odbiorcy i trafiający nawet do tych, którzy nie są z grozą za pan brat.

Artur Urbanowicz to najbardziej rozpoznawalne nazwisko autora grozy w Polsce. I owszem – to zasługa tytanicznej wręcz pracy nad autopromocją, ale robioną umiejętnie, bez wspinania się po trupach innych twórców. Jednocześnie warto podkreślić, że wznowienie „Gałęzistego” niejako może tłumaczyć ten swoisty fenomen urbanowiczowskiej popularności. To po prostu dobrze skrojona pulpa, która trafi do ludzi niekoniecznie na co dzień obcujących z grozą, ale i dla tych, którzy z niejednego horrorowego pieca chleb jedli. Urbanowicz gra sprawdzonymi schematami, miejscami wspierając się makabrą i seksem, jednocześnie ożywiając i nadając oryginalnej formy swojej opowieści przez solidnie zaakcentowaną słowiańską mitologię, która jest nie tyle dodatkiem do fabuły, ale jej ważnym fundamentem.

Warto przeczytać, nawet jeśli znacie pierwszą wersję. A wtedy może nawet bardziej? Polecam! Na koniec chciałbym podkreślić jak znakomita jest w nowym wydaniu okładka, za którą odpowiada Dawid Boldys – całość uzupełniają klimatyczne ilustracje od Michała Loranca. Wydawnictwo Vesper znów odrobiło zadanie domowe w zakresie prac edytorsko-wydawniczych. Dla grozowych bibliofilów kolejny grzbiet do kolekcji na regale.

6 out of 6 stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Artur Urbanowicz – Gałęziste
Wydawca: Vesper (2019)
Liczba stron: 458

Polecamy także