Literatura

Artur Urbanowicz – Inkub

dnia

patronat

„Inkub” to trzecia powieść Artura Urbanowicza, która okazuje się z całą pewnością jego najlepszą książką, co nie znaczy, że nie jest pozbawiona pewnych wad. Nie zmienia to jednak faktu, że autor mocno rozwinął warsztat i pokazuje, że ma potencjał i zadatki na bardzo sprawnego opowiadacza mrocznych historii. Warto zwrócić na niego uwagę bowiem to autor, który ma szansę przywrócić (w pewnym stopniu) popularność rodzimego horroru w Polsce i nieco wyrwać go z niszy, w jakiej tkwi.

Akcja „Inkuba” toczy się dwutorowo: z początkiem lat 70-tych w małej wiosce Jodoziory na Suwalszczyźnie, ale i współcześnie w tamtej okolicy. Okres PRL-u to teatr tajemniczych, niepokojących zdarzeń, które okazują się tak naprawdę mrocznym preludium do historii mającej miejsce współcześnie. Przeszłość zdaje się powracać, wydarzenia dziwnie przypominają niepokojące wypadki sprzed lat, a atmosfera wokół mieściny coraz bardziej się zagęszcza. Dwóch młodych policjantów oddelegowanych do Jodozior (niejako w formie kary) do zabezpieczenia miejsca potencjalnego skażenia i koordynowania ewakuacji – musi zmierzyć się z czymś, co zdecydowanie wykracza poza racjonalne pojmowanie. Ale uwierzyć nie oznacza zrozumieć, a tym bardziej – ustrzec się przed niebezpieczeństwem…

Z jednej strony „Inkub” to powieść, która zachwyca umiejętnym wykorzystaniem klasycznego instrumentarium grozy. Mamy tajemnicę, mamy trochę zapomnianą przez Boga i ludzi mieścinę, mocno odizolowaną, na wpół opustoszałą, osadzoną w surowym klimacie Suwalszczyzny – co jeszcze bardziej potęguje wrażenie jej odosobnienia. Wybór scenerii to naprawdę dobry ruch ze strony autora – z jednej strony pozwala mu to zgrabnie oddać klimat miejsca, z drugiej, osadzenie akcji w Polsce czyni ją dla potencjalnego czytelnika bliższą, bardziej swojską.

Dwa plany czasowe to kolejny plus. Współcześnie akcja wzbudza niepokój, a w późniejszym etapie także strach przed nieznanym (które z każdą przewróconą stroną zdaje się mocniej manifestować swoją obecność i siłę), a czasowe retrospekcje pozwalają nie tylko odsłonić pojedyncze elementy całej układanki, ale też zagęścić atmosferę tajemnicy, zaniepokoić jeszcze mocniej. Wydarzenia z przeszłości, dawkowane powoli i bez odsłaniania całości, a jedynie podkreślenia narastającej atmosfery odrealnienia powodują, że zdarzenia współczesne niepokoją jeszcze bardziej. Przez znaczną część książki otrzymujemy więcej pytań, niż odpowiedzi – co akurat działa na korzyść fabuły.

Urbanowicz prowadzi grę z czytelnikiem – podsuwa tropy, pojedyncze elementy tajemnicy, a uważny odbiorca może je z mozołem odkrywać, próbować sklejać w całość, choć sądzę, że finalnie i tak poczuje się zaskoczony, kiedy uzyska pełny obraz. Autor zdecydowanie poprawił warsztat pisarski w stosunku do swoich wcześniejszych powieści, choć nie ustrzegł się też charakterystycznych dla siebie wad. Miejscami drażni sztuczność dialogów, irytują niemożebnie tendencyjne zachowania bohaterów (zwłaszcza tych współczesnych), a pierwsza część powieści jest boleśnie rozciągnięta, co bardziej nuży, niż intryguje. Sądzę, że książkę można by, bez żadnych strat, nieco odchudzić, zwłaszcza w części początkowej i „Inkub” tylko by na tym zyskał. Mniej więcej od połowy akcja przyspiesza, my zaczynamy rozumieć nieco więcej z zagmatwanej fabuły, a książkę czyta się zdecydowanie szybciej i z większymi emocjami…

Najbardziej irytują kreacje postaci kobiet u Urbanowicza. Ogólnie wątek romansowy jest dla mnie do bólu infantylny, co tylko psuje odbiór i tchnie za mocno jakimś tanim harlequinem. To zdecydowanie największa wada książki – kiczowate, przesłodzone postrzeganie przez głównego bohatera Vitka jego „kobiety marzeń” psuje odbiór i odbiera tym fragmentom cały ich realizm. Szkoda, bo taki wątek – zwłaszcza w kontekście świetnego twistu w zakończeniu – wzbogacałby powieść. W takim wykonaniu, jakie otrzymujemy – jedynie irytuje swoja infantylnością, nic poza tym.

Mam wrażenie, że Urbanowicz nie do końca jeszcze doszlifował swój literacki warsztat. Jeszcze nie jest autorem spełnionym, jeszcze szuka swojej najdoskonalszej formy wyrazu, literackiej ekspresji. Są sceny, które grają idealnie napięciem, atmosferą, opisem zdarzeń, ale też takie, które wzbudzają wrażenie upchanych na siłę, by tylko dało się względnie płynnie przeskoczyć do kolejnego świetnego fragmentu. Fabularnie powieść jest na pewno dobrze przygotowana, przemyślana i główna jej oś spina się w solidnie przygotowaną i rozpisaną historię. Owszem, są potknięcia, niewielkie niedociągnięcia, ale nie są ona na tyle znaczące, by rzutować na całokształt w znaczącym stopniu.

Zdaję sobie sprawę, że może szukam nieco „dziury w całym”, bo całościowo „Inkub” mimo tych potknięć z pewnością się broni – jednak w przypadku powieści rokującej jako najpopularniejszy współczesny polski horror, poprzeczka (siłą rzeczy) podniesiona jest bardzo wysoko.

W ogólnej ocenie „Inkub” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Po nadmiernie rozciągniętym początku i irytujących na starcie kreacjach bohaterów – przez co niełatwo mi było się w tę książkę wczytać – akcja nabiera rozpędu, tajemnica zaczyna się ukazywać w całej swojej złożoności, a same postacie nabierają trochę bardziej realnych kształtów. A to wszystko działa na plus i z pewnością podnosi finalną ocenę. Owszem, niektóre elementy są tu niedopracowane (jak wątek tajemniczej postaci w czarnym płaszczu – nikt jej nie szukał po zniknięciu, nawet zwierzchnicy/mocodawcy? Założenie, że krzyż, jako taki, czyli poprzeczne skrzyżowanie dwóch linii, już ma mieć moc magiczno-sakralną, mimo, że nie stanowi w żadnym wypadku poświęconego przedmiotu kultu – jak np. blizna na ciele?). To drobne elementy, które może i nie psują odbioru całości, jednak przy lekturze miejscami mnie uwierają, czy pozostawiają niedosyt niedostatecznym wyjaśnieniem.

„Inkub” to mocny tytuł w ofercie współczesnego horroru i powieść, która zdecydowanie ma szansę trafić do szerszego odbiorcy. Z pewnością pozbawiona jest hermetyczności klasycznych pulpowych horrorów, a jednocześnie nie ogranicza się do wąskiego grona czytelników przez nadmierne skomplikowanie przekazu. To przede wszystkim tytuł, który straszy czytelnika, niekoniecznie zmusza go do egzystencjalnych rozważań. Jeśli miałbym szukać „zachodnich” porównań, to z całą pewnością proza Urbanowicza mieści się w stylistyce Grahama Mastertona – jako lekka, dobrze przyswajalna literatura grozy, która nie wymaga od swojego odbiorcy więcej, prócz tego, by dobrze bawił się ze swoim strachem. Ale czasami nie trzeba niczego więcej.

Mimo wspomnianych wad, polecam „Inkuba” jako naprawdę interesujący tytuł. A zakończenie serwuje nam jeden z najlepszych, najbardziej zaskakujących twistów literackich, jakie miałem okazję przeczytać. A to z pewnością zasługuje na szacunek!

4 out of 6 stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Artur Urbanowicz – Inkub
Wydawca: Vesper (2019)
Ilość stron: 728

Polecamy także