Film

Assassin’s Creed

dnia

To mógł być naprawdę dobry film. Interesujący rys fabularny podbudowany bestsellerową grą komputerową, powieściami i komiksami z uniwersum, a do tego intrygujące odwrócenie ról i ciekawy wybór antagonisty… To wszystko miało szansę złożyć się na świetne kino. Niestety, stało się festiwalem miałkiej fabuły i ciekawych, dobrze nakręconych, ale zupełnie nie dopasowanych do siebie scen.

Fabuła jest mocno powikłana, choć twórcy filmu usiłują jak najbardziej łopatologicznie nam ją przekazać. Tutaj to Templariusze są demonicznym zakonem, pragnącym zdobyć tajemniczy artefakt – Jabłko Edenu – które ma im zapewnić pełną kontrolę nad ludzkością, a społeczeństwu – całkowitą utratę autonomii i wolności. Przeciwstawić się temu niecnemu planowi mogą tylko doskonale wyszkoleni asasyni, którzy od pokoleń poświęcają życie, by chronić artefakt przed Zakonem Ubogich Rycerzy Chrystusa. Jednym z nich – a ściślej, przodkiem ostatniego ze strażników Jabłka Edenu, Aquilara – jest Callum Lynch. On jest jedyną nadzieją dla Asasynów. Dzięki niezwykłej maszynie zwanej Animus, która zdolna jest podłączyć się do wspomnień ukrytych w DNA człowieka, Lynch ma szansę poznać miejsce ukrycia przez swego przodka niezwykłego skarbu. Ale czy nasz bohater przeżyje eksperyment? I czy będzie chciał wziąć w nim udział?

Podczas seansu tego filmu cały czas miałem poczucie bezsensowności. Poszczególne sceny doklejane do siebie bez wyczucia. Historia prosta, nijak nie ptrafiąca zaintrygować, a opierająca się tylko i wyłącznie na zasadzie, że musi być gdzie wpakować dużo widowiskowych scen walki. W efekcie film nie potrafił skupić na sobie mojej uwagi. Główny antagonista – Zakon Templariuszy – to grupa rządnych władzy bobaczy, którzy uzurpują sobie prawo do sterowania ludzkością. Tytułowy asasyn to tak trochę przerysowany bohater pulpowy. Odżegnuje się od – według niego nie swojej – walki, by ostatecznie (to żaden spoiler) zdecydować się w nią zaangażować. Ofiarnie i na całego. Końcowy twist nie do końca jest twistem, bo można go przewidzieć tak gdzieś w połowie filmu, co niestety nie ratuje miałkiej i schematycznej fabuły.

Ale, ale… To nie tak, że wszystko tu jest złe. Na pochwałę zasługuje sposób prowadzenia kamery, znakomite są ujęcia walk, trochę wzorowane na dynamice gry komputerowej. Scenografia piętnastowiecznej Hiszpanii olśniewa – ale to w dużej mierze zasługa reżysera. Justin Kurzel – który odpowiada za wspaniałego wizualnie „Makbeta” – dobrze czuje się w konwencji historycznej, ale nie do końca radzi sobie ze współczesnym kinem SF. A niestety te sceny – w futurystycznym więzieniu – laboratorium, z dziwacznymi maszynami wczepionymi w plecy bohatera – zajmują większą część filmu. Scen z przeszłosci – bardzo dobrze nakręconych, ze świetnymi ujęciami efektownych walk – jest stanowczo za mało, by uratować całość produkcji.

Jak wspomniałem, mogło być dobrze, a wyszło jak zwykle – tak, jak wychodzi najczęściej przy ekranizacjach gier komputerowych. A to dziwi, bo już i podstawowy szkielet opowieści jest gotowy, bohaterowie wykreowani i zakorzenieni w świadomości odbiorców i nie trzeba widza z nimi oswajać… Jednak najczęściej ekranizacje gierczanych hitów to filmowe klapy, a „Assassin’s Creed” niestety do nich dołącza.

Doborowa obsada – Michael Fassbender, Jeremy Irons, Marion Cotillard, Brendan Gleeson czy Charlotte Rampling – to w dużej mierze zmarnowany potencjał, bowiem np. Irons czy Cotillard zajmują się głównie milczącą obserwacją szaleństw naszego bohatera, podpiętego do Animusa. Niewątpliwie Fassbender doskonale sprawdza się w roli Lyncha i jest to jedna z najbardziej wyrazistych postaci w filmie. Aktor wpasował się świetnie w kostium i charakter granego przez siebie bohatera i jest jednym z niewielu (po znakomitych scenach walk i skoków parkourowych) wartych zobaczenia elementów filmu.

Całość ma momenty, na których z pewnością warto zawiesić oko, ale niestety cierpi na chroniczny brak sensownej, spójnej fabuły, co sprawia, że twórcy wykorzystali bardzo niewielki procent potencjału. A szkoda, bo założenie fabuły, w którym to templariusze są źli, a klan bezwzględnych zabójców to ci dobrzy – jest bardzo ciekawy. Zawiera potencjał, kórego jednak nie udało się wykorzystać.

Polskie wydanie DVD zawiera kilka dodatków, jak 5-częściowy dokument na temat powstawania filmu, galerie oraz zwiastun. Niby nie ma tego dużo, ale sam materiał dokumentalny jest wart zobaczenia, zwłaszcza, że m.in. odnosi się do swego pierwowzoru – czyli gry.

3 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Assassin’s Creed (DVD)
Tytuł oryginalny: Assassin’s Creed
Kraj: Wielka Brytania, Francja, USA (2017)
Reżyseria: Justin Kurzel
Obsada: Michael Fassbender, Jeremy Irons, Marion Cotillard, Brendan Gleeson
Dystrybutor DVD i Blu-ray: Imperial CinePix
Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także