Film

Atomic Blonde

dnia

Na ekrany polskich kin wszedł właśnie film, który zapowiadał się epicko. Po pierwsze jest to ekranizacja komiksu, daleko jej jednak do wszystkich tych taśmowo produkowanych dzieł ze stajni Marvela i DC (choć przyznaję, że lubię większość z tych produkcji). Już na pierwszy rzut oka dało się dostrzec założenie, że ma to być kino bardziej ambitne. Nazwiska odtwórców głównych ról (i nie tylko) praktycznie obiecywały klasę samą w sobie. Dobrze wróżył również fakt, że reżyser „Atomic Blonde” (o którym to filmie mowa), David Leitch, maczał wcześniej palce przy tworzeniu zaskakującego „Johna Wicka”. Wszystko, dosłownie wszystko teoretycznie składało się na film klasy wspomnianego wyżej „Wicka”, albo chociażby „Kryptonim U.N.C.L.E”. Więc co poszło nie tak jak powinno?

Przerażające czasy zimnej wojny. Tajna agentka MI6 (w tej roli Charlize Theron) zostaje wysłana do podzielonego murem Berlina by odnaleźć zaginioną listę czynnych szpiegów. Inny agent był w jej posiadaniu, jednak został zabity, a wartościowy dokument zaginął. W pełnej kontrastów stolicy Niemiec rozegra się pojedynek, którego wynik będzie miał ogromny wpływ na wygląd współczesnej Europy.

A przynajmniej takie były założenia fabuły, które jednak zostały potraktowane tak płytko i po macoszemu, że aż trudno w to uwierzyć. Przede wszystkim moim największym zarzutem względem tej produkcji jest całkowity brak konsekwencji przyczynowo-skutkowej zdarzeń. Kilka scen było zupełnie niepotrzebnych bowiem nie miały one żadnego znaczenia dla dalszych losów akcji, choć zrealizowano je tak by widz myślał, że jednak są ważne. Niektóre rozmowy między bohaterami nic nie wnosiły i nawet jeśli widz miał nadzieję, na wyjaśnienie pewnych wątków, to po zakończonym seansie mógł co jedynie otrząsać się z szoku, lub raz za razem analizować akcję w poszukiwaniu ukrytych znaczeń, które być może dałyby odpowiedzi na pytania. W zasadzie, kiedy film się skończył, zaczęłam zastanawiać się jaki był jego sens, i doszłam do smutnego wniosku, że chyba jednak żaden. I to wszystko mieści się na jednej szali. Z drugiej strony mamy natomiast całą wspaniałą resztę.

Muzyka; scenografia; kostiumy; gra aktorska; niesamowity, a nawet oszałamiający i bezbłędny montaż (sceny kręcone na jednym ujęciu!) – wszystko to sprawia, że choć całość nie ma zbyt wielkiego sensu, trudno jest od niej oderwać wzrok. Dzięki temu ta produkcja doskonale sprawdza się w kinie, kiedy ogląda się ten obraz po raz pierwszy. Nie sądzę jednak aby robiła tak dobre wrażenie podczas seansu domowego. To jeden z tych wielkich przykładów kina zmarnowanego potencjału. Wszystko się pięknie świeci, przyciąga wzrok, krzyczy z ekranu i otumania widza, a jednak kiedy odurzenie mija, ten zaczyna dostrzegać, że pod tą piękną, barwną powłoką nie znajduje się zbyt wiele.

Wielka szkoda! Ten zmysłowy, pociągający, szalenie rytmiczny i mający wiele zalet film wyleciał z trasy dobrych produkcji przez to, że twórcy nie docenili widza i postanowili przedobrzyć zapuszczając się w coraz dalsze i coraz mniej zrozumiałe rejony tajemnic i zagadek, które nie miały żadnego sensu.

3 Stars

Recenzentka: Żaneta „Fuzja” Wiśnik

Atomic blonde
Tytuł oryginalny: Atomic Blonde
Kraj: Wielka Brytania, USA (2017)
Reżyseria: David Leitch
Obsada: Charlie Theron, James McAvoy, John Goodman, Sofia Boutella
Dystrybutor: Monolith Films

zobacz w cc

Żaneta
Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także