Film

Autopsja Jane Doe

Opublikował

dnia

Zdarza mi się oceniać horrory pod bardzo nietypowym kątem. Na przykład – film jeszcze przed seansem ma u mnie plusa, jeżeli nawet po przeczytaniu zajawki wciąż nie wiem czym będzie mnie straszył. Z czasem wyróżniłem też jeszcze jeden, podobny wymiar – kiedy opis fabuły wzbudził we mnie pewne podejrzenia co do rodzaju zmór, jakimi uraczą mnie twórcy, ale koniec końców zostałem przez nich i dystrybutora pozytywnie oszukany. Chyba najlepszym przykładem takiego zabiegu, jaki sobie przypominam był „[REC]” – z pozoru jeszcze jeden film o zombie, a tak naprawdę historia o opętaniu przenoszonym drogą kropelkową.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ „Autopsja Jane Doe”, która po trailerach wygląda na kolejną opowiastkę o trupach bynajmniej nie zamierzających leżeć grzecznie na stole sekcyjnym zapunktowała u mnie na oba sposoby. I na wiele innych zresztą też.

Zaczynamy nowy rok z dreszczykiem od mocnego uderzenia. Zaczynamy znakomitym, niebanalnym produktem europejskiej szkoły horroru, tym razem z Wielkiej Brytanii i to podpisanym przez reżysera, który już raz dał się poznać od świetnej strony w „Łowcy trolli”. Proponuje nam on ciekawe połączenie kryminału z horrorem, tym razem z nietypowej perspektywy, bo nie policjanta, detektywa czy prokuratora, a patologa sądowego. Film ten to podręcznikowy przykład jak stworzyć coś nietuzinkowego, pełnego zagadek, wciągającego bez reszty, zmuszającego do myślenia, mistrzowsko zrealizowanego wizualnie, trzymającego w napięciu do ostatniej sceny i… edukującego, a wszystko to naprawdę małym kosztem, praktycznie bez efektów specjalnych i wielu milionów dolarów w budżecie będących już na starcie handicapem Amerykanów.

Już sam początek jest bardzo dobry. Historia opowiada o losach doświadczonego koronera i jego syna – Tommy’ego i Austina Tildenów – którzy dostają do sekcji ciało młodej, na razie niezidentyfikowanej kobiety, umownie nazywanej przez śledczych Jane Doe. Denatkę przywozi im szeryf, prosto z pewnego domu w stanie Wirginia, w którym wydarzyła się niewyjaśniona, zbiorowa śmierć. Z kilku ofiar, jedynie u Jane na pierwszy rzut oka próżno szukać śladów jakiejkolwiek przemocy. Nie to jednak jest najdziwniejsze, a ustalenia policji, że do domu, w którym znaleziono trupy nikt nie próbował się włamywać, za to na pewno ktoś szukał sposobu, by stamtąd uciec…

Powiem szczerze – pierwsza połowa filmu to absolutny majstersztyk, który ogląda się jak niesamowicie wciągający kryminał. Mamy zagadkę, mamy klimat i co najważniejsze – mamy porządny horrorowy niepokój, do którego nie potrzebujemy żadnych zjawisk nadprzyrodzonych czy szczególnie pędzącej akcji. W zupełności wystarczy nam za to kilka ujęć na twarz tytułowej zmarłej. Choć ani na moment nie opuszczamy prosektorium (i sytuacja ta nie zmienia się aż do końca), a wydarzenia opierają się jedynie na sekcji zwłok tajemniczej dziewczyny, razem z bohaterami z zapartym tchem odkrywamy kolejne dziwne sekrety jej ciała, które zamiast dostarczać odpowiedzi, rodzą tylko coraz więcej pytań. Samo to wystarczy, by napięcie sięgało zenitu, a widz nie mógł oderwać wzroku od ekranu.

Druga połowa wypada nieco gorzej i to o dziwo wyłącznie dlatego, że znacznie więcej jest w niej elementów charakterystycznych dla typowego amerykańskiego horroru, w tym tak znienawidzonych przeze mnie jump scen, na szczęście niezbyt licznych. Wybaczam to jednak „Autopsji…” za niejednoznaczność i wrażenie, że wspomniane zabiegi poniekąd mają na celu odwrócić naszą uwagę od drugiego dna zagadki przemyconego gdzieś w tle. Wskazówek co do jej rozwiązania mamy w obrazie bez liku, ale widz, niczym wytrawny detektyw, musi zwracać uwagę na to, co ukryte i na drugim planie, a nie to, co podane na tacy. Na końcu jednak i tak żadna z wątpliwości nie zostaje zupełnie rozwiana, a finał daje swobodę własnej, mniej lub bardziej wiarygodnej interpretacji obejrzanej historii. I to właśnie jest w niej piękne. Podobnie spodobało mi się, że wiedzę, kim właściwie jest czarny charakter uzyskałem aż tak późno. Twórcy odkrywali najlepsze karty stopniowo, bez pośpiechu i chwała im za to.

Na uwagę zasługują też: kapitalna warstwa wizualna obrazu, mistrzowska gra światłami, klaustrofobiczna atmosfera podziemnej kostnicy w prywatnym domu Tildenów, dobrze dobrana muzyka powodująca, że nawet pierwsze uniesienie powieki Jane doświadcza o ciarki, zadowalające aktorstwo (w tym Olwen Catherie Kelly grającej tytułowego truposza, którego śliczną, ale złowieszczą i wciąż nieruchomą w swym wyrazie buźkę szczególnie upodobał sobie operator kamery) oraz walory edukacyjne. Wydawałoby się, że prosektorium i sekcja zwłok to tak oczywiste horrorowe motywy, że już dawno powinny się zgrać, przejeść i znudzić. Nic z tych rzeczy. Powiem nawet więcej – jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się obejrzeć filmu (już nawet nie horroru, a chociażby zwykłego kryminału, gdzie postać patologa też pojawia się bardzo często), który ukazałby mi pracę koronerów w tak przystępny, ciekawy i (jak mniemam) jak najbardziej zgodny z rzeczywistością sposób jak w „Autopsji…”. Jeżeli chodzi o zaplecze naukowe, pracę domową twórcy odrobili perfekcyjnie, co zwłaszcza w horrorach wcale nie musi być regułą.

W naszej kulturze przyjęło się, że coś ma wielką wartość, kiedy nas „uczy i bawi”. Namawiam Was teraz, byście przekonali się, jak to jest, gdy coś będzie Was uczyć i… straszyć. Bawić zresztą też – i to przednio. Dlatego – do kina marsz!

Recenzent: Artur Urbanowicz

Autopsja Jane Doe
Tytuł oryginalny: The Autopsy of Jane Doe
Kraj: Wielka Brytania (2016)
Reżyseria: André Øvredal
Obsada: Emile Hirsch, Brian Cox, Ophelia Lovibond, Michael McElhatton
Dystrybutor: Monolith Films

zobacz w cc

Polecamy także