Film

Baby Driver

Opublikował

dnia

Reżyser „Wysypu żywych trupów” znowu w imponująco wysokiej formie – choć tym razem nieco poważniejszy i bardziej umuzykalniony niż zwykle. Jeśli jednak martwiliście się czytając tu i ówdzie, że „Baby Driver” to musical, od razu uspokajam: do szalonego rozśpiewania „La La Landu” filmowi Wrighta daleko.

Co prawda „Baby Drivera” również napędza muzyka, ale to nie tak, że bohaterowie co chwilę biorą nas z zaskoczenia i zamiast normalnie ze sobą pogadać zachowują się jakby walczyli o przetrwanie na przesłuchaniu do „Idola”. Tytułowy kierowca o imieniu Baby (Ansel Elgort) śpiewa rzadko i raczej nieśmiało, zdecydowanie woli po prostu słuchać muzyki. To nie tyle jego hobby, co po prostu niezbędne źródło energii, z którego korzysta niemalże non stop, zawsze mając pod ręką kilka różnych odtwarzaczy muzyki i rzadko kiedy wyjmując słuchawki z uszu. A że Baby zawodowo zajmuje się wywożeniem zbirów spod rabowanych banków, muzyka jest mu również niezbędna do tego, aby w gorących momentach odpowiednio opanować kierownicę i wywieść w pole nawet najbardziej zaciekły pościg. Żaden z niego bohater – nieraz widzimy jak inni nim pomiatają, ośmieszają go czy nawet dają mu w twarz – ale dzięki muzyce Baby jest niepokonanym mistrzem kierownicy. Nadejdzie jednak moment kiedy chłopak będzie musiał dowieść, że radzi sobie nie tylko z kręceniem kierownicą, ale i z samodzielnym życiem: zamiast nieustannego łamania prawa pod przywództwem bezwzględnego Doca (Kevin Spacey) Baby zapragnie spokoju i stabilizacji u boku uroczej, dopiero co poznanej kelnerki imieniem Debora (Lily James). No ale wiecie: zawsze jest ta „jeszcze jedna robota”, którą trzeba będzie odwalić, aby wreszcie móc wyrwać się na wolność – i zwykle okazuje się ona znacznie trudniejsza i bardziej niebezpieczna od wszystkich poprzednich razem wziętych.

Przez większą część filmu Wright pewnie trzyma w garści i zwariowaną fabułę, i kolejne sceny furiackich pościgów samochodowych, i mieniącą się wieloma barwami ścieżkę dźwiękową, tworząc dzieło ocierające się o ideał; doładowanie energii, jakie Baby serwuje sobie przed pierwszym pokazanym na ekranie skokiem za sprawą numeru „Bellbottoms” The Jon Spencer Blues Explosion to jedna z tych magicznych filmowych chwil, których nie zapomina się nigdy: Elgort za pomocą kilku sprawnych ruchów – wybijając rytm numeru na kierownicy, drzwiach samochodu, a wreszcie – na sobie – przedstawia nam nieco dziwacznego choć jednocześnie zabawnego i sympatycznego bohatera, który nie bardzo potrafi wtopić się w otoczenie i całkowicie gubi się gdyby tak odłączyć go od ukochanej muzyki. Takich genialnych scen jest zresztą w „Baby Driverze” jeszcze kilka, a każdą z nich ilustruje innym utwór: a to romantyczna „Debora” grupy T. Rex (rozmowa z przyszłą ukochaną), a to znów hiperenergetyczny „Hocus Pocus” Focusa (piesza ucieczka przez zatłoczone miasto), czy złowieszczy „Brighton Rock” Queen (pojedynek na śmierć i życie na wielopiętrowym parkingu samochodowym). No ale oprócz tego jest też przecież „Let’s Go Away For Awhile” Beach Boysów, „Easy” The Commodores, „Intermission” Blur, „Tequila” Button Down Brass czy „Baby Driver” Simona i Garfunkela, który musiał chyba szczególnie zainspirować Wrighta… a także dwadzieścia kilka innych numerów, które dyktują filmowi rytm, ilustrują dialogi albo budują oglądane na ekranie postaci, tworząc nadzwyczaj oryginalną, nieustannie muzycznie rozedrganą całość.

Dlaczego więc pomimo tylu atrakcji film Wrighta nie jest idealny, a tylko „ociera się o ideał”? Moim zdaniem, przynajmniej z dwóch powodów: po pierwsze, kiedy wraz z rozwojem akcji coraz lepiej poznajemy bohaterów i powoli rozmywa się otaczająca ich początkowo aura tajemniczości, przestają być oni tak fascynujący jak na samym początku, a do tego zaczynają wypowiadać niepotrzebne banały o miłości, śmierci i zemście (Wright powinien trochę bardziej zaufać inteligencji swojej widowni i odpuścić niektóre dialogi, pozostawiając parę niedopowiedzeń); po drugie, „Baby Driver” cierpi na dotkliwy brak mocnego finałowego ciosu, który sprawiłby, że wychodzimy z kina równie ostro nakręceni jak główny bohater po zapodaniu sobie „Bellbottoms”. Bo przecież film, który przez dwie godziny dostarcza nam tak wielu emocji – i który tak czy inaczej śmiało można zaliczyć do najciekawszych tytułów roku – na koniec też przecież powinien odpuścić sobie sentymentalne bzdury i raczej potraktować nas z baniaka.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Baby Driver
Tytuł oryginalny: Baby Driver
Kraj: UK, USA (2017)
Reżyseria: Edgar Wright
Obsada: Ansel Elgort, Lily James, Kevin Spacey, Jon Hamm
Dystrybutor: UIP

zobacz w cc

Polecamy także