Film

Ben-Hur

Opublikował

dnia

Nieszczególnie przepadam za najsławniejszą ekranizacją „Ben-Hura” z roku 1959 (smętnie wyreżyserowaną przez Williama Wylera, z główną rolą cierpiętniczo odbębnioną przez Charltona Hestona; i nic tu nie zmienia fakt, że ich wspólne wysiłki nagrodzono później całą zgrzewką Oscarów) więc też nie szedłem na seans najnowszego filmu pod tym tytułem z obawą, że dojdzie do jakiegoś niewyobrażalnego świętokradztwa. Spodziewałem się po prostu sprawnie zrealizowanej rozrywki – zwłaszcza, że za reżyserię zabrał się tym razem kazachski innowator Timur Bekmambetov, ten od „Straży nocnej” i „Straży dziennej”. Z jego łbem do stosowania efektów specjalnych, myślałem sobie, powstanie coś, co chwyta za gardziel lepiej niż przegłodzony bulterier. Niestety, „Ben-Hur” Bekmambetova wyraźnie pokazuje, że transfer do świata wielkich filmów okazał się dla tego filmowca artystyczną zgubą.

Pokazując się od najlepszej strony we wspomnianej „Straży nocnej” sprzed 12 lat, Bekmambetov oszałamiał co prawda głównie karkołomnymi scenami akcji, ale tak naprawdę stanowiły one przecież rolę służebną względem intrygującego scenariusza (opartego na bestsellerowej powieści Siergieja Łukjanienko) i miały po prostu pomóc w efektownym przeniesieniu na ekran pewnej niesamowitej wizji. Tymczasem „Ben-Hur” to tak naprawdę długie i bolesne oczekiwanie na tę jedną, jedyną scenę, w której będzie wreszcie można podziwiać starania ekipy od efektów specjalnych, czyli słynny wyścig rydwanów (stanowiący również jedyny ekscytujący fragment oscarowego Ben-Hura sprzed lat). Z czystym sumieniem można więc polecić ten film wyłącznie widzom, których nie przeraża prosta matematyczna prawda, że mamy tu 90 minut kostiumowej nudy i patosu, po których następuje 9 minut niezłego (choć nie genialnego czy w jakimś stopniu rewolucyjnego) kina akcji – a potem jeszcze kilkunastominutowy, nędznie uduchowiony epilog. Zachęceni?

Fabularnie „Ben-Hur” Bekmambetova w tak dużej mierze kalkuje wersję z Hestonem, że spokojnie możemy tu mówić o remake’u, a nie tylko o nowej ekranizacji książki Lewisa Wallace’a. Co prawda znacznie mniej tu wątków biblijnych (przewijające się w tle losy Jezusa Chrystusa ostały się w formie szczątkowej), a czas trwania filmu jest zdecydowanie krótszy (2 godziny z hakiem kontra 3,5 godziny z hakiem), ale wszystkie najważniejsze wydarzenia z życia tytułowego bohatera się pokrywają. Mamy początek nowej ery: pochodzący z zamożnej żydowskiej rodziny Juda Ben-Hur (słodki i banalny Jack Huston) wychowuje się w Jerozolimie u boku przygarniętego przez jego rodzinę Rzymianina, Messali (z pniaka rzeźbiony Toby Kebbell), ale ten ostatecznie postanawia zaciągnąć się do rzymskiej armii, a kiedy po latach wraca do domu z czasów dzieciństwa nie jest już dla Judy wyłącznie przyszywanym bratem lecz przede wszystkim – przedstawicielem władzy, który życzyłby sobie pełnej współpracy w kwestii pozbywania się z miasta zelotów; Juda odmawia, a w wyniku pechowego splotu wydarzeń pada na niego podejrzenie przygotowania zamachu na przybywającego z wizytą w Jerozolimie Poncjusza Piłata (Pilou Asbæk na siłę próbujący podrobić niezrównoważone spojrzenie Michaela Shannona) i w efekcie, z rozkazu Messali, cała najbliższa rodzina Judy zostaje skazana na śmierć, a on sam – zesłany do niewolniczej pracy na galerze. Wbrew oczekiwaniom nie pada jednak trupem i po latach udaje mu się jednak wrócić w rodzinne strony, aby dokonać zemsty na swoim dawnym przyjacielu. Za radą obrotnego „biznesmena” Ilderima (Morgan Freeman z mętnym spojrzeniem oraz dredami niczym stare, postrzępione i przykurzone powrozy) Juda postanawia zmierzyć się z Messalą na rzymskiej arenie podczas morderczego wyścigu rydwanów. Jeśli wygra – odzyska dobre imię i wszystkie zarzuty przeciwko niemu zostaną wycofane; jeśli przegra – może się żegnać z tym światem (a obstawiający jego wygraną Ilderim – z kufrem złota).

W zasadzie już w pierwszym minutach filmu czuć, że nowy „Ben-Hur” nie będzie dziełem odważnym czy innowacyjnym: jeśli ktoś decyduje się powitać widza dystyngowaną narracją Morgana Freemana, to wiadomo, że będzie starał się grać bezpiecznie i zgodnie z ustalonymi dawno temu regułami gatunku. W przypadku remake’u dzieła tak sztywnego i tradycyjnego jak „Ben-Hur” (nie licząc samej sceny wyścigu, która jednak poważnie kinem wstrząsnęła) to bardzo zła wiadomość – żeby ta historia stała się strawna dla współczesnej publiczności, trzeba by w niej znacznie więcej namieszać i wydobyć z niej coś naprawdę szalonego, trzeba by spróbować jakoś widza zaskoczyć. Tu natomiast, prowadzeni wspaniałym, ale wykorzystanym zbyt wiele razy w ten sam sposób głosem Freemana, zderzamy się z opowieścią tak staromodną i przewidywalną, że nadzieja na ożywczą rozrywkę błyskawicznie gaśnie. Gdyby jeszcze Bekmambetov potrafił w jakiś ciekawy sposób odtworzyć świat sprzed 2 tysięcy lat – ale niestety brak mu czarodziejskich umiejętności takiego choćby Jamesa Camerona i w efekcie wszystko, co widzimy na ekranie jest co najwyżej przeciętne. Oczywiście – aż do samego wyścigu rydwanów.

Powiedzmy jednak od razu: i tę scenę odwzorowano dość dokładnie z filmu Wylera, w związku z czym trudno tu chwalić Bekmambetova za inwencję twórczą – można go najwyżej pochwalić jako niezłego naśladowcę. No ale kto przez półtorej godziny dzielnie czekał na obiecywaną w zwiastunach dawkę adrenaliny, ten nie może narzekać, że w ogóle jej nie dostał: co prawda efekty cyfrowe ujmują tej scenie realizmu (wystarczy porównać ją z trwającą mniej więcej tyle samo sceną wyścigu z oryginału, w trakcie oglądania której krzywimy się ze współczucia dla zawodników ze trzy razy częściej), ale za to kamera jest w samym sercu akcji i wraz z rydwanem Judy telepie się wchodząc w zakręty, podskakuje na rozjeżdżanych ciałach, a podczas szczególnie dotkliwego zderzenia – koziołkuje i wpada w piach areny.

Ale przypomnę: to tylko 9 minut. Cały film trwa dużo, dużo więcej – i zostaje zamknięty w tak żałośnie nieprzekonujący sposób, że będziecie wychodzić z kina planując już jakiś lepszy seans na odtrutkę. Niechby to nawet miał być ten nieszczęsny remake „Pogromców duchów” albo kolejny „Bourne”. Praktycznie cokolwiek.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Ben-Hur
Tytuł oryginalny: Ben-Hur
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: Timur Bekmambetov
Obsada: Jack Huston, Toby Kebbell, Morgan Freeman, Rodrigo Santoro
Dystrybutor: Forum Film Poland Sp. z o.o.

zobacz w cc

Polecamy także