Film

Blade Runner 2049

dnia

Czy Blade Runner 2049 jest arcydziełem? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bowiem sam określnik jest dla mnie zbyt wydumany, bym odważył się zbyt często odnosić go do jakiegokolwiek tytułu. Jednak w przypadku mierzenia się nowego filmu reżysera „Arrival” z pierwowzorem sprzed ponad 30 lat, trzeba przyznać, że „Blade Runner 2049” bliski jest miana znakomitości. A może i nawet arcydzieła?

Na wstępie zaznaczam, że szukanie usilnie nawiązań, powiązań, różnic i odniesień do pierwszego filmu nie do końca ma sens. Owszem, „BR2049” jest z całą pewnością rozwinięciem względem swojego poprzednika, jednak szukanie i kwalifikowanie jego poszczególnych elementów może sprawić, że zatracimy poczucie autonomiczności dzieła Villeneuve. A to dzieło kompletne, samodzielne, które śmiało, z powodzeniem, możemy oglądać bez znajomości pierwowzoru. Zachwyca nie tylko wspaniałą muzyką, ale też scenografią – stonowaną, zimną, przestrzenną. Hipnotyzującą, ale jednocześnie odpychającą. Twórcy podeszli do tematu dość zachowawczo, niespecjalnie siląc się na zbyt wyszukaną wariację na temat wizji świata przyszłości. Jednak umiejętna gra światłocieni osadzonych w przestrzeni brył i rozmach olbrzymich przestrzeni sprawiają, że miasto zarówno zachwyca, jak i odpycha, napawa lękiem i swoistą bojaźnią. Wizualnie mamy kolejny przykład kina znakomicie przygotowanego i sprawnie zaprezentowanego. Gigantyczny budżet filmu znajduje wytłumaczenie w precyzji kreacji przedstawionej wizji.

Fabularnie film radzi sobie przynajmniej dobrze. Choć może pozornie zdawać się prostą opowiastką, to w rzeczywistości umiejętnie stawia pytania o istotę człowieczeństwa. I – co najważniejsze – nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Bowiem czym jest człowieczeństwo? Jak określimy granicę, która czyni nas ludźmi? Na ile nasza pamięć, wspomnienia, emocje – i ich unikatowość – jest rzeczywiście wyjątkowym elementem, który czyni z nas jednostki wyjątkowe, niepowtarzalne, prawdziwe?

Fabularnie „Blade Runner 2049” zdaje się rozwijać myśli pierwotnie sformułowane w powieści przez Philipa K. Dicka, a później w umiejętny sposób przeniesione na ekran przez Ridleya Scotta. Nie zamyka się jednak tylko w ramach rozważań powieściowych i pierwszego filmu, ale stara się poszerzyć perspektywę, iść o krok dalej, dostrzec więcej, ale też wzbudzić więcej wątpliwości. Za scenariusz odpowiada sam Hampton Fancher (scenarzysta pierwszego „Blade Runnera”), wspierany przez Michaela Greena, który ma doświadczenie przy pracy nad fantastycznym kinem superbohaterskim ( „Zielona Latarnia”, czy niesamowity „Logan”).

Reżyser miał naprawdę trudne zadanie zmierzenia się z dziełem kultowym. Dziełem obrosłym legendą i obudowanym olbrzymią estymą. I – zaskakująco – wybrnął z tego zadania doskonale. Składa hołd, owszem, śle ukłony w kierunku pierwowzoru, jednak stara się opowiedzieć własną historię, własnymi słowami. I pozostaje pewna zbieżność, ale wynikająca przede wszystkim ze zbieżności rozważań, tematyki, zamiast ślepego kalkowania, czy poddańczej inspiracji.

Villeneuve już we wcześniejszych filmach (jak „Sicario”, czy „Nowy początek”) ukazał swoje specyficzne spojrzenie na kino. Na kręcenie filmów nieśpieszne, momentami leniwe wręcz, pełne niedopowiedzeń i dwuznaczności, pełne nostalgii i szerokiej perspektywy, w której tylko miejscami znajdzie się przestrzeń dla szybszej akcji, dla dynamizmu. I zawsze to zwiększenie tempa jest tylko uzupełnieniem, tylko elementem, drobną częścią składową całej historii. Umiejętność obywania się bez spektakularnie pędzącej naprzód fabuły oraz szaleńczego tempa akcji to rzadkość w fantastycznym kinie naszych czasów, które cierpi na niezwykły głód prostych, łatwo przyswajalnych wrażeń. Villeneuve zdaje się stawać temu na przekór i robić to na tyle umiejętnie, że wielu z Was zachwyci się „Blade Runnerem”, spod jego ręki. Jeśli podobał się Wam „Nowy początek”, to z pewnością nowa ekranizacja dickowskiej opowieści przypadnie Wam do gustu.

Aktorzy radzą sobie całkiem nieźle. Ryan Gosling z pewnością udźwignął trudną rolę, dobrze odnajdując się w postaci odhumanizowanego, bezdusznego androida. Dobrze poradziła sobie też Sylvia Hoeks, czy Ana de Armas. Pierwsza jako bezwzględna, walcząca o swoje wykonawczyni poleceń demonicznego Niandera Wallace’a, a druga jako quasi-wirtualny byt, który jednak zdaje się być w rzeczywisty sposób zdolny do uczuć wyższych, nie generowanych przez algorytmy programowania.

Jedno, co z całą pewnością można o filmie powiedzieć to, że nie jest to kino dla wszystkich. Jego senna, powolna atmosfera, pełna egzystencjalnych rozważań, w połączeniu z chłodnymi, przestrzennymi wnętrzami i ogólną, zimną, wyobcowaną panoramą miasta sprawi, że niekórych dzieło Villeneuve odepchnie i zniechęci. Jednak nie zmienia faktu, że to kino znakomite, nakręcone z rozmachem i wyczuciem. Dobrze odnajdujące się w zestawieniu z poprzednikiem, a jednocześnie potrafiące obronić swoją niezależność i ukazujące, że tak naprawdę nie potrzebuje porównań z oryginałem.

„Blade Runner 2049” to z całą pewnością jeden z najlepszych filmów tego roku i kolejna cegiełka do swoistej nowej fali kina fantastycznego, które stawia na nostalgiczne rozważania na temat kondycji ludzkości i samej jej istoty.

I dobrze, bo takiego kina nam właśnie potrzeba.

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Blade Runner 2049
Tytuł oryginalny: Blade Runner 2049
Kraj: USA, Kanada (2017)
Reżyseria: Denis Villeneuve
Obsada: Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana De Armas, Jared Leto
Dystrybutor: UIP

zobacz w cc

Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog "Co przeczytać? - subiektywny blog literacki". Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także