Literatura

Bram Stoker – Dracula

Opublikował

dnia

„Dracula”, to brukowiec. Przykład tego rodzaju tekstu, który z totalnych nizin literackich wybił się na TOTALNY szczyt (nawet jeśli oddać Stokerowi niezłe, jak na jego warunki, przygotowanie do napisania legendarnej powieści). Dracula, to już niemal marka, którą śmiało można postawić obok Coca-Coli, czy BMW. Ludzie, którzy nie widzieli czasem na oczy produktów tychże marek, są w stanie bezsprzecznie powiedzieć co one sobą prezentują. Dracula = wampir. I koniec. Przez lata użytkowania motywu Hrabiego stało się to tak oczywiste, jak 2+2, a może nawet bardziej. Bez zagłębiania się w genezę wampira Abrahama Stokera, człowiek współczesny nie może stworzyć innego krwiopijcy, nie wzorując się na nim właśnie. Hrabia nosi bowiem wszelkie cechy wampira, jakie tylko możemy sobie wymyśleć idąc śladami literackich kalek, a koniec końców filmowych powtórzeń. O tym wszystkim napisano jednak już tyle tekstów, że szkoda marnować „czas antenowy” na powtarzanie ich. Wydaje mi się również, że nie ma sensu nikomu opisywać, o czym samo dzieło traktuje – jeśli nie wiecie, to czas najwyższy sięgnąć po lekturę i wyjść z jaskini. Ciekawskich rzekomej literatury szybko odeślę do książek Baranowskiego, Janion czy Petoi. Zresztą publikacja autorstwa ostatniego z wymienionych to pozycja, która przez kilka ostatnich lat stała się wręcz Malleus Maleficarum, dla każdego łowcy wampirów i wilkołaków.

W najnowszej wersji „Draculi” Abrahama (Brama) Stokera, serwowanej nam przez wydawnictwo Vesper z Poznania (2011) możemy nie tylko po raz kolejny wdać się w śmiertelny romans z ikonicznym Hrabią Draculą, ale także zapoznać się z jego historycznymi i literackimi pierwowzorami, co w sposób FENOMENALNY zapewnia nam posłowie, autorstwa Macieja Płaza (za jego fachowe podejście wystarczy fakt najwierniejszego do tej pory przekładu prozy H. P. Lovecrafta i Mary Shelly). Wyrazy uznania za tak rzetelne zebranie na kilkunastu ostatnich stronach, większość literackiego i teatralnego jestestwa Draculi. Szczerze pisząc, Pan Maciej, odebrał mi wiele głosu w podniesionej tu dywagacji „na temat”. Całe szczęście, że nie cały, o czym później.

Vesper wydało „Draculę” tak, jak dawno należało to zrobić. Czytelnie, ilustrując książkę przepięknymi, klimatycznymi rycinami (Andrzej Masianis) i co najważniejsze poprawiając drobne błędy (Magdalena Moltzan-Małkowska i Urszula Przasnek) słowne, jakie charakteryzowały wydania z 1991 (komedia) czy 2005 (cała seria „Opowieści niesamowitych” – polecam). Wreszcie szanujący się czytelnik może postawić na półce „Draculę” nie wstydząc się tego. Twarda, pasująca do treści, oprawa i przyzwoita gramatura książki sprawiają, że godnie uzupełnia ona resztę kolekcji nawet najbardziej ekscentrycznego zbieracza i przykuwa uwagę nowicjuszy (nawiązując lekko do Coppoli, czy Uraty). To co pozwoliło mi na nowo odbyć tę przerażającą podróż, to przede wszystkim wyraźne oddzielanie od siebie ważnych elementów tekstu, czego brakowało poprzednim wydaniom, oraz przejrzysta numeracja stron. Wierzcie mi, że w tekście, który koniec końców jest zbiorem listów, notatek i stenotypów, robi to ogromną różnicę. Tym bardziej dla osoby, która w tymże tekście chce doszukać się czegoś więcej… nawet po 121 latach. Tyle jeśli chodzi o techniczną stronę wydania Vesper.

Moją szczególną uwagę zwróciło posłowie, o którym już wcześniej pisałem. Maciej Płaza nie tylko dość kompletnie podsumował genezę wampira jako taką, ale również próbował odpowiedzieć na pytanie „czemu akurat Dracula?”. Ja oszczędzę sobie tego, ale wyjaśnienia Pana Macieja wydały mi się dość satysfakcjonujące jak na człowieka, który z niemałym – jak podejrzewam – wysiłkiem zebrał tak składne informacje o pochodzeniu samego dzieła i czynnikach, jakie skłoniły Stokera do napisania go. Chapeau bas!

Nasuwa się zatem pytanie: po co to czytać, skoro tak dobrze to znamy? Istotnie filmy (zwłaszcza ekranizacja Coppoli z 1992) streszczają nam dzieje Hrabiego, ale jak to z filmem i książką bywa, jedno medium nie oddaje w pełni istoty drugiego. W filmie Dracula ma twarz, gesty, jakieś przedstawienie fizyczne samego siebie (czy to Lugosi, czy Lee, czy Goldman). W książce, Dracula ma nieodparty urok i swoje nieludzkie bycie w niebyciu de facto (zaprzeczenie staje się sensem jego bycia). Choć sam dialog Hrabiego zamknie się, być może w kilku, kilkunastu zdaniach, to czuć jego obecność w całym dziele. Na kartach książki odczuwamy go nie tylko, jako mamiącego nas szarlatana, ale przede wszystkim, jako potwora, który cechuje się tym najsilniejszym dla potworów przekazem: jest tam, gdzie go nie ma, lub wydaje się nam, że go nie ma. Żywy trup. Zaprzeczenie samo w sobie, którego od pokoleń bali się nasi przodkowie. W które wierzyli! Przypomnę tylko, że ostatnią czarownicę na terenach Polski spalono oficjalnie w 1811 roku! (Z innych źródeł wynika, że jeszcze po 1918 roku dochodziło do podobnych incydentów na wiejskich terenach Rzeszowczyzny). Jesteśmy narodem, który wyrósł na legendach i nie ma się co oszukiwać w tej kwestii. Boogeyman i Freddie mogliby się uczyć od Hrabiego kindersztuby terroru. To nie koszmar, którego możemy się pozbyć. Stoker chcąc nie chcąc stworzył mitologicznego potwora na miarę naszych czasów, którego współczesne media zaadaptowały w tak szybki (i często bezmyślny) sposób, że nie pozbędziemy się go już nigdy. W czasach gdy wyrzekamy się wiary, kościołów i kapłanów, zostają demony z przeszłości, które nie dadzą się już tak łatwo wyprzeć. Może i dobrze?

Nie byłbym jednak sobą gdybym do tego wszystkiego nie dodał nieco od siebie – słusznie, czy też nie… Mianowicie coś, o czym niestety nie wspomniano ani w tym, ani w poprzednich wydaniach pomimo, że „śledztwo” było już w toku. Pierwszym wampirem w historii dziejów ludzkości miała być Lilith – apokryficzna, pierwsza żona Adama, która wysysała życie z jego nowo narodzonych dzieci (tak, pijawki towarzyszyły nam od zawsze). Pamiętajmy także, że wszystko to, to wyłącznie dywagacje. Może jednak niektórym łowcom wampirów na coś się zdadzą. Otóż najnowsze badania literackie koncentrują się raczej na roli ballady Burgera Lenora, w tekście Stokera. Co z kolei prowadzi nie, jak dotąd myślano na trop Elżbiety Batory ze Słowacji, ale raczej na trop hrabiny Eleonory (Lobkovitz) z czeskiego Krumlova, która podobnie jak siostrzenica Batorego już za życia uznana była za wampira. Nie dlatego, że zażywała kąpieli we krwi setek dziewic (jak ja lubię to zdanie), ale dlatego, że cierpiała na rzadką i nie do końca znaną wówczas chorobę, jaką było uczulenie na światło. Na dodatek lekarz, który udział jej transfuzji krwi (Jean-Babtiste Denys), mógł być prawdziwym pierwowzorem dla legendarnego pogromcy wampirów Abrahama van Helsinga (niepotwierdzone). Feministki mogą więc mieć pole do popisu, bo kto wie, może legendarny Dracula, to wcale nie „on”. Jakkolwiek ubodłoby to mnie osobiście, dopuszczam wszelkie wersje, czy też dywagacje.

Niemniej zajrzyjcie sami do notatek Miny, Jonathana i dr van Helsinga żeby dowiedzieć się więcej, no i rzecz jasna znaleźć sposób na zabicie Księcia Ciemności… podobno…

Recenzent: Michał Arkadiusz Pietrzak

Bram Stoker – Dracula
Tytuł oryginalny: Dracula aka Living Dead
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Wydawca: Vesper (2018)
Liczba stron: 426
Michał Pietrzak

Absolwent Filmoznawstwa. Miłośnik kina klasycznego i eksperymentów kulinarnych. Reżyser i scenarzysta amator. Niepoprawny optymista, zapalony wolontariusz WRO Media Art Biennale i nałogowy gracz „World of Warcraft”.

Polecamy także