Literatura

Carla Mori – Kostuszka

dnia

kostuszka

patronat

„Kostuszka” Carli Mori to druga powieść autorki. Po niezłej, ale mało zaskakującej powieści „Krew, pot i łzy” autorka wraca z mocną, bezkompromisową grozą, zawierającą wiele motywów słowiańskich i poruszającą temat, o jakim chcielibyśmy na co dzień nie pamiętać – przemoc wobec dzieci.

Nie wszystko w tej książce jest idealne. Mam zastrzeżenia do pewnych elementów fabuły, które są troche wymuszone, troche za bardzo niedopowiedziane. Ale jest też wiele elementów, które zachwycają, potwierdzając dwie rzeczy: Carla Mori potrafi pisać i udowadnia, że groza pisana przez kobiety dorównuje typowo „męskiej literaturze” gatunku, dodając od siebie zupełnie nowa perspektywę . Ale po kolei.

Fabularnie „Kostuszka” zapowiada się nad wyraz ciekawie. Po śmierci matki – o zabójstwo której podejrzany jest mąż – mała Konstancja, a zdrobniale tytułowa Kostuszka, trafia z Anglii pod opiekę rodziny w Polsce. Rodziny niechętnej, rodziny, która jest nią tylko z nazwy, ale – jednocześnie – będącej jedynymi krewnymi małej. I tutaj zaczyna się horror, bowiem babcia jest nie tylko zwolenniczką brutalnego wręcz rygoru w wychowaniu, ale też pała do swojej córki – która wyemigrowała do Anglii – szczerą nienawiścią. Odczucia te przenosi na dziecko, które staje się bezwolną ofiarą zawiści dorosłych oraz pokłosia fanatyzmu religijnego, którego zafałszowanie Mori bezlitośnie piętnuje. Okazuje się jednak, że mała Kostuszka ma niespodziewanych sprzymierzeńców, którzy zadbają, by nie stała jej się prawdziwa krzywda…

Powieść Mori ma kilka braków, zwłaszcza w warstwie fabularnej. Przede wszystkim jakoś nie umiem zaakceptować fabularnego sensu makabrycznej zbrodni z samego początku powieści. Owszem, rozumiem, że była ona kluczowa dla nawiązania fabuły, jednak w samej historii jest zbyt słabo umotywowana, tak zresztą, jak aresztowanie i przetrzymywanie ojca. Nie znam się – przyznaję – na brytyjskim prawie, jednak wydaje mi się to trochę naciągane. Zabiegi konieczne dla skierowania losów bohaterów na właściwe, pożądane przez autorkę tory sprawiają, iż nagina ona mocno realizm, przez co świat przedstawiony wydaje się zbyt mało przekonujący. Choć zabiegi te były – jak wspomniałem – niezbędne dla rozwinięcia fabuły. Dla ukierunkowania jej i zyskania pretekstu dla przeniesienia naszej tytułowej bohaterki pod nieopiekuńcze skrzydła polskiej rodziny. Same w sobie są jednak trochę cierniem w boku, który rzutował na lekturę.

Postać antypatycznej babki – religijnej fanatyczki, która skupia w swej postaci wszelkie negatywne cechy zagorzałego katolika, do tego podniesione do potęgi n-tej może zdawać się nieco tendencyjna, nieco zbyt płaska i jednowymiarowa. Jednak – jeśli wspomnimy pierwszą powieść Carli, to ten ostentacyjny antyklerykalizm, ta niechęć do katolicyzmu, jako religii tak sformalizowanej, jak i fałszywej – staje się powoli pewną cechą charakterystyczną w twórczości autorki. Jednak to akurat jestem skłonny zaakceptować, bowiem przejaskrawienie zjawiska służy tu znaczącemu uwypukleniu problemu. Przerysowanie postaci nadaje jej – z jednej strony – cechy karykaturalne, nieco ośmieszając ją i zmniejszając tym samym wzbudzaną w nas antypatię i poczucie lęku, a z drugiej strony ta naiwna nijakość osobowości postaci ma w zamierzeniu autorki obnażać ułomność wychowawczego działania religii jako takiej, która tworzy emocjonalne kaleki, kurczowo, za wszelką cenę trzymające się dogmatów, choć daleko im do chrześcijańskiego dobra. Wypaczenie tej postaci nie jest więc wypadkiem przy pracy, nie jest brakiem umiejętności, a kolejnym narzędziem, które Carla Mori sprawnie wykorzystuje, by dać nam oniryczną historię, gdzie rzeczywistość przeplata się z snem, gdzie fikcja miesza się z prawdą. Świat z powieści zdaje się być celowo zniekształcany, by uwypuklić zło. Zupełnie odmienna kreacja niż np. w powieści „Złe” Michała Jana Chmielewskiego (której premiera jeszcze w grudniu tego roku), będącą opowieścią wulgarną, brutalną i surową. U Mori świat psychicznego i fizycznego znęcania się nad dzieckiem miesza się z początkowymi obrazami sielankowego życia rodzinnego i fantasmagorycznymi wyobrażeniami sennych majaków. Groza jest tu nienazwana, subtelna – choć nie mniej przez to przerażająca i brutalna. Horror stanowi w niej subtelne elementy, rozbudowujące świat wykreowany, nadając mu wielowymiarowości. Słowiańskie nawiązania nie są bezpośrednie, nachalne. Nie są wywoływane po imieniu, ale wplecione w opowieść subtelnie, dobrze ją urozmaicając.

Na co dzień nie pamiętamy – bo wygodniej jest nie pamiętać – o tym, że przemoc wobec dzieci, także przemoc seksualna, zdarza się tuż obok nas, za ścianą, w sąsiedniej klatce, w sąsiednim bloku. Nie reagujemy, tłumacząc się niewiedzą, a tak naprawdę to nasz lęk przed odpowiedzialnością. I takie postawy Mori piętnuję, próbując nami wstrząsnąć, zaszokować, uderzyć w najczulsze punkty. I może nawet nieco wyolbrzymia negatywne cechy postaci, być może używa zbyt mocnego stereotypu, a za mało dwuznaczności przy kreacji bohaterów, ale doskonale rozumiem jej zamierzenie. Które zresztą osiąga, bowiem „Kostuszka” nie wyjdzie wam z głowy jeszcze długo po lekturze.

Problematyka poruszana w powieści jest trudna. Jest ciężka, jest nieprzyjazna. Nie zmienia to faktu, że Carla przede wszystkim chciała opowiedzieć historię obyczajową o maltretowanym dziecku. Odrealnia ją, okrasza grozą, chyba – paradoksalnie – tylko po to, by ułatwić jej odbiór. Jeśli coś zdaje się sennym koszmarem, to mniej przeraża. Z koszmaru można się przecież nad ranem obudzić. Od rzeczywistości nie ma ucieczki.

Jednak największe brawa dla autorki należą się za dialogi. Ech, dotychczas tylko jednak polska autorka potrafiła uchwycić w pełni naturalizm międzyludzkiej komunikacji, nie wpadając w tym w przesadyzm czy manieryczną tendencję. Była to Magdalena Kałużyńska w swojej powieści „Alvethor”. Carla Mori dokonuje tego samego, zwłaszcza w relacjonowaniu sielskiego życiu rodzinnego Kostuszki. Relacje pomiędzy rodzicami wzajemnie, a rodzicami i dzieckiem są oddane w sposób bardzo naturalny, ciepły, pełen miłości, ale jednocześnie bez popadania w infantylizm. Także kreacja rozmów babki z córką, nacechowane tendencyjnością w warstwie poglądowej nie sprawiają wrażenia sztuczności. Śmieszą momentami, przez swoje ograniczenie intelektualne, ale autorka miała przecież zamiar wyśmiać i odmitologizować obraz polskiego, przepełnionego miłością bliźniego, katolika.

Książka nie spodoba się każdemu, zwłaszcza przez swoje otwarte ataki na religię. Bo – nie oszukujmy się – na polskim katolicyzmie zaściankowym autorka nie zostawia suchej nitki. A ściślej, nie na samej religii, ale na jej wyznawcach. Już w „Krwi, pocie i łzach” dała przedsmak swojego stosunku do Kościoła, a jako wychowana w jednym z głównych ośrodków kultu religijnego z dewocją i religijnym fanatyzmem musiała mieć aż nadto do czynienia. Trochę więc ta awersja i to przejaskrawienie nie dziwi. I choć sama autorka powtarza, że nie wzoruje na sobie swoich bohaterów, to obraz szczęśliwej rodziny i precyzja oddania tego w niuansach dialogów nie wzięła się znikąd…

Mnie antyklerykalizm nie odstrasza, dewocję piętnowałbym równie otwarcie, więc akurat ten aspekt powieści oceniam na plus. Dzięki sprawnemu stylowi i ciekawemu wzbogaceniu opowieści o motywy słowiańskie Carla serwuje nam powieść, która okazuje się być jedną z ciekawszych pozycji w rodzinnym horrorze ostatnich lat. Zwłaszcza fakt, że zestaw strachów, po jaki sięga jest mocno odmienny. Nie ma tu zombie, wilkołaków, czy demonów sensu stricte. Najgorszym potworem okazać się może „dobry wujek” lub sąsiad zza ściany. Zdawać się to może trywialne, ale znów największa bestią jest człowiek. Tak jak w rzeczywistości.

Reasumując – książka dla tych, którzy od grozy wymagają więcej, niż prostej, pulpowej opowieści. I choć braki w fabule są, a postacie zdają się być aż nadto stereotypowe , to powieść nadrabia to wszystko sprawnym stylem i znakomitymi dialogami. Polecam!

4 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Carla Mori – Kostuszka
Wydawca: Videograf (2016)
Liczba stron: 272

Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także