Film

Ciemno, prawie noc

dnia

„Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza, na podstawie nagrodzonej nagrodą „Nike” powieści Joanny Bator to film, który miał predyspozycje by stać się jedną z najciekawszych produkcji dekady – co zresztą bardzo sugestywnie obiecywał zwiastun. Zwłaszcza, że sama fabuła zawiera w sobie gigantyczny potencjał i zahacza mocno o okolice szeroko rozumianego weirdu. Skądinąd ani twórcy ekranizacji, ani autorka powieści zapewne nie mają o tym pojęcia bowiem sam gatunek weird to nisza w niszy i w naszym kraju, jeszcze do niedawna, mało kto w ogóle wiedział o jego istnieniu. Jednak Lankosz (zapewne nieświadomie) przemyca wiele weirdowych elementów do swojego dzieła, tworząc kino oniryczne, niespokojne, odkrywające kolejne warstwy jedynie po to, by pokazać, że pod nimi kryją się kolejne… i kolejne.

Z jednej strony to właśnie weirdowa konwencja świata istniejącego niejako poza naszym, czy też obok naszego oraz współistniejąca i przenikająca się z naszą rzeczywistość jest tłem filmu, jego podstawową scenografią. Wiele tchnących swoistą mroczną baśniowością elementów, jak Kotojady, czy same postacie tajemniczych Kociar oraz legenda pereł księżnej Daisy, składają się na znakomity punkt wyjścia do snucia historii grozy w klasycznej estetyce weirdowej. Jednocześnie wątek pedofilski, który staje się główną osią fabuły i niejako przeplata się ze wspomnianym grozowo-baśniowym, pcha film w kierunku konwencji kryminału, ale robi to niedbale, bez przekonania, bez wyraźnego zamiaru jednoznacznego zakwalifikowania do danego gatunku.

A to niezdecydowanie gatunkowe niezwykle mocno szkodzi bowiem tak do końca nie wiadomo, w którym kierunku podąża całość fabuły. Tak. Po seansie nadal nie wiadomo. To ani nie jest w pełni kryminał, ani historia grozy w pełnym tego słowa znaczeniu. Mamy pomieszanie z poplątaniem. Gładkie przechodzenie od skrajnej biedy, do przemocy domowej, wojennych i powojennych traum bohaterów, retrospekcji wklejanych nagle i niespodziewanie, bez ładu i składu – do tego multum historii pobocznych, które zdają się wciśnięte na siłę – wszystko to daje wrażenie bałaganu, i braku spięcia jakimikolwiek klamrami całości opowieści…

Główna bohaterka skuszona tematem tajemniczych zaginięć dzieci, powraca do rodzinnego Wałbrzycha. Jej reporterski nos podpowiada jej solidny materiał badawczy, więc pal licho traumę z dzieciństwa – no, a trauma przecież być musi, no bo bez niej jak? – i mamy efektowny comeback do miejsca niechcianego, kojarzącego się tylko i wyłącznie pejoratywnie i ogólnie przypominającego przedsionek Piekła w czasie zimy. Ogólnie, każdy ma tam tajemnice, jedną mroczniejsza od drugiej. Nikt nie jest do końca tym za kogo się podaje, albo za kogo się uważa, nawet nasza bohaterka. Sekrety z przeszłości przeplatają się i mieszają z tajemnicami teraźniejszości, ale tych wszystkich niespodzianek i twistów jest za dużo, by wybrzmiały wystarczająco wiarygodnie. Takie przerysowanie też szkodzi tej produkcji bowiem to co w pojedynczych scenach sprawdzałoby się udatnie (Gąsiorowska w duecie z popielniczką w kształcie lalki Barbie), przy utrzymaniu tylko i wyłącznie takiej jednoznacznej estetyki podważa jej wiarygodność. Owszem, mogłoby być brudno, szaro i ponuro. W „Ziarnie prawdy” też było, ale tam to grało cudownie, sugestywnie, obrazowo. A w „Ciemno, prawie noc” jest wszystko za bardzo, za mocno, za sugestywnie. Jakby twórcy nie chcieli powoli nas oswajać ze scenografią, mającą akcentować ogólną atmosferę filmu, ale przywalić nam nią, jak obuchem w głowę, a potem, jak już będziemy leżeć ogłuszeni, to nam po tej głowie poskakać by się utrwaliło.

Gra aktorska jest artystyczna – też trochę na wyrost. Tyle skomplikowanych, sprzecznych emocji kotłuje się w naszych bohaterach – zwłaszcza w dwójce granej przez Cielecką i Dorocińskiego – że niewiele wydostaje się na zewnątrz. Praktycznie wszystkie postacie są smutne – w pierwszym lub kolejnym stadium depresji – a przynajmniej takie wrażenie sprawiają, i niestety nie okazują jakiejś szerszej gamy uczuć. Ja rozumiem, że sceneria i ogół zdarzeń nie sprzyja ekspresyjnej radości, ale jednak…

Sam film trudno ocenić inaczej, niż jako wielki potencjał, zupełnie rozmieniony na drobne. Lankosz nijak nie zapanował nad dziełem, miotając się pomiędzy sprawnym kinem gatunkowym, a głęboko egzystencjalnym moralitetem i dramatem społecznym. Wrzucił do jednego worka zbyt wiele elementów, przez co nie mogło – zwyczajnie, nie mogło – wyjść z tego nic dobrego.

„Ciemno, prawie noc” to film niezgrabny, chaotyczny, bez wyraźnego planu , który chce przekazać więcej, niż jest zdolny w czasie ekranowym. Szkoda, bo sama historia miała potencjał, a odniesienia do weirdowej koncepcji fabularnej to naprawdę smaczek. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, jak powiadają. W przypadku filmu Borysa Lankosza niestety mamy jeszcze srogą zimę. Polecam tylko szalonym i zdesperowanym.

2 out of 6 stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Ciemno, prawie noc
Kraj: Polska (2019)
Reżyseria: Borys Lankosz
Obsada: Magdalena Cielecka, Marcin Dorociński, Agata Buzek, Dawid Ogrodnik
Dystrybutor: Kino Świat

zobacz w cc

Polecamy także