Komiks

Conan Barbarzyńca, 1/2017

Opublikował

dnia

conan 1

W sierpniu 2017 r. wydawnictwo Hachette przystąpiło do eksperymentu, którego celem było sprawdzenie, czy Conan Barbarzyńca wciąż ma w Polsce fanów. Dość szybko ukazały się aż cztery tomy komiksu, ale w bardzo niskich nakładach i w zaledwie kilku miastach. Nie dopchałem się do żadnego z nich i dopiero teraz, przy oficjalnej dacie premiery, położyłem ręce na tomie pierwszym.

Z Conanem łączy mnie więź szczególna, ponieważ numer 3/1993 z wydawanej przez TM-Semic serii był pierwszym komiksem, jaki kiedykolwiek przeczytałem (wcześniej lustrowałem już Batmany, X-Meny i inne Spider-Many), a przy okazji okazał się dużym zaskoczeniem, bo muskularnych wojowników dzierżących miecze kojarzyłem raczej z ze szlachetnymi postaciami pokroju He-Mana, a nie z bezwzględnymi brutalami, którzy choć w dobrej sprawie, to jednak nie przebierali w środkach na drodze do obranego celu.

Kto pamięta Barbarzyńcę?

Pomimo fanowskiego zapału, doskonale rozumiem, dlaczego Hachette zaczęło od testów. TM-Semic opublikowało zaledwie dziewięć zeszytów z przygodami Cymeryjczyka, a skasowanie kolejnych było bezpośrednio związane z niską sprzedażą. Nawet Universal Pictures zrezygnowało z domknięcia trylogii z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej, motywując decyzję brakiem wiary w znaczenie postaci na rynku, co zresztą klapa fatalnego remake’u z 2011 roku przypieczętowała. Skąd więc w ogóle pomysł, by sięgać po tę postać? Może wpłynęła na to popularność gry „Conan Exiles”, a może doskonała forma komiksowego Conana nieprzerwanie publikowanego za Atlantykiem. Dark Horse po przejęcie praw od Marvela wyprowadził Barbarzyńcę na prostą, seria „Conan the Slayer” zebrała świetne recenzje, a obecnie wydawany jest crossover, w którym Conan współpracuje z nikim innym, jak z Wonder Woman. Takie połączenia rzadko się udają, to uznawane jest natomiast za jedno z najlepszych w ubiegłym roku i mam nadzieję, że materiał stworzony przez Gail Simone (prawdopodobnie najbardziej wpływową kobietę w świecie komiksu) także zostanie wykorzystany przez Hachette.

Ostatecznie plan jest bardzo ambitny. Powinno ukazać się siedemdziesiąt pięć tomów, a zebranie wszystkich zajmie trzy lata, czyli prawie jak zaciągnięcie kredytu. Nie będę się jednak hamował z entuzjazmem – tom pierwszy pokazuje, że to godna uwagi inwestycja i mam nadzieję, że zainteresowanie będzie wystarczająco duże, aby gdzieś po drodze cykl nie został anulowany.

Córka lodowego olbrzyma

Układ jest chronologiczny, więc w pierwszym numerze otrzymujemy opowieści oryginalnie prezentowane pod szyldem „Savage Tales” i już pierwsza z nich przypomina, jak bardzo różniły się komiksy z początku lat 70. od współczesnych. Grafika ze strony tytułowej wygląda jak setne ksero, na którym odbijają się już tylko pojedyncze linie, a biel aż bije po oczach. Akcja „Córki lodowego olbrzyma” rozgrywa się na spowitej śniegiem północy, więc jest to zabieg zrozumiały, a przede wszystkim jego archaizm nie odrzuca, lecz fascynuje. Graficzny minimalizm jest widoczny także na kolejnych stronach, gdzie niemal za każdym razem cała uwaga odbiorcy ma być skupiona na postaciach. Tła narysowano oszczędnie, jako nierzucający się w oko dodatek.

Dokładnie na odwrót jest z tekstem, który opiewa w poetyckie, czasem trudne do zrozumienia opisy, na przykład: „Okrwawiony śnieg spowiła ciężka cisza” albo „dwaj olbrzymi odpowiadają rykiem, który brzmi jak chrzęst gór lodowych ocierających się o zamarznięty brzeg”. Jest to dość zabawne, nawet przaśne, ale na pewno nie żałosne i pasuje do nastroju komiksu wydanego prawie pięćdziesiąt lat temu tak samo, jak pewna doza absurdu pasuje do filmów czy muzyki z tamtych lat.

Cymeria

Druga historia („Cymeria”) zajmuje zaledwie pięć stron, jednak dla lepszego poznania głównego bohatera jest bardzo ważna, bo pozwala zrozumieć jego związek z ojczyzną, co przypomina dwoistą więź Batmana z Gotham – z jednej strony pełna świadomość okrucieństw i mroku, z drugiej przywiązanie, aczkolwiek dla wojownika z Cymerii głównie na odległość, przygoda rzadko umożliwia mu powroty w rodzime strony. Wyraźnie zmienił się także styl Barry’ego Windsora-Smitha, pierwszego Europejczyka, z jakim wydawnictwo Marvel podjęło współpracę. Późniejszy twórca „Weapon X” (po dziś dzień jednej z najlepszych historii z Wolverine’em w roli głównej) tym razem zadbał o cienie i detale, niezmienna pozostała natomiast poetyckość scenariusza, który przypomina niemalże wiersz. Tego rodzaju nieoczywiste wprowadzanie w realia fikcyjnego świata jest w moim odczuciu zdecydowanie lepszym rozwiązaniem od zarzucania czytelnika dziesiątkami nazw, map, potężnym kalendarium i masą innych informacji, których nie sposób spamiętać. Być może właśnie dlatego nigdy nie byłem zagorzałym fanem fantasy czy też powieści „magii i miecza”, a jednak baśniowego Cymeryjczyka uwielbiałem pod każdą postacią.

Czerwone ćwieki

Najznakomitszym momentem pierwszego tomu kolekcji Hachette jest adaptacja ostatniej opowieści napisanej przez przedwcześnie zmarłego Roberta E. Howarda, twórcę postaci Conana Barbarzyńcy. „Czerwone ćwieki” to prawdziwa perełka, czyta się ją z zapartym tchem, aczkolwiek głównego bohatera przyćmiewa tu nieco Valeria, piracka wojowniczka, której poświęcę osobny akapit, bo zarówno ona, jak i ogólny wizerunek kobiet we wczesnych numerach komiksu zasługują na bardziej szczegółowy opis.

Na pierwszych stronach dostajemy okrutniejsze wydanie baśni o Szewczyku Dratewce, później para bohaterów trafia do dziwacznego miasta pozbawionego ulic, przez które biegnie długi, mroczny korytarz. Atmosfera staje się gęsta, klaustrofobiczna, a czyhające w ciemnościach niebezpieczeństwo długo pozostaje w ukryciu, co wprowadza nastrój grozy podobny do wizji „Obcego” według Davida Finchera, gdzie Ksenomorf siał terror wewnątrz zamkniętej kolonii karnej. Intryga jest wprawdzie szyta grubymi nićmi, a zwracanie uwagi na szepczące postacie nie pozostawia złudzeń, że pozornie pozytywny władca musi w końcu zdradzić, niemniej krwawy finał stanowi doskonałą rekompensatę. To idealny materiał na filmową adaptację i to niekoniecznie dlatego, że na ostatnim kadrze widzimy Conana i Valerię odchodzących w kierunku zachodzącego słońca. Nawet przy niskim budżecie można by przemienić „Czerwone ćwieki” w świetny horror fantasy rozgrywający się w zaledwie kilku plenerach na podobnej zasadzie, na jakiej sędzia Dredd otrzymał w 2012 roku swoje najlepsze jak dotąd wcielenie kinowe.

Inne oblicza Conana

W „Nocy czarnego boga” nasz osiłek robi się sentymentalny i refleksyjny, ale historia miłosna z jego udziałem nie ma ani szczęśliwego zakończenia, ani nawet romantycznego rozwinięcia. Od początku do końca cechuje ją bestialstwo, podobnie jak cały świat stworzony przez Howarda. W „Mieszkańcu ciemności” ponownie otrzymujemy temat z pogranicza horroru, a ściślej pisząc, body horroru, gdzie człowiek zaklęty w bestię staje się nadwornym katem. „Tajemnica rzeki czaszek” (oparta o opowiadanie Johna Jakesa) jest natomiast najwyraźniejszym zwrotem w kierunku świata superbohaterów – Sophos równie dobrze mógłby stanąć naprzeciw Dr. Strange’a czy Fantastycznej Czwórki. W ostatniej historii pojawia się także cytat z „Moby Dicka” oraz adnotacja, że są to słowa, które zostaną zapisane dwanaście tysiącleci później. Muszę przyznać, że dotąd nie zdawałem sobie sprawy z parahistorycznego charakteru uniwersum Conana, byłem przekonany, że akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości.

Kobieta w świecie Conana

Mamy do czynienia z komiksem rysowanym w latach 70. oraz z realiami, w których siła stanowi prawo, więc miałem silne podejrzenie, że kobiece bohaterki zostaną w sposób drastyczny uprzedmiotowione lub co najwyżej potraktowane jako trzecioplanowe postacie niewnoszące do scenariusza nic, poza skąpymi odzieniami. „Córka lodowego olbrzyma” zdawała się potwierdzać tę obawę. Nasz bohater zachowuje się tutaj gorzej niż nastolatek rażony buzującymi hormonami. Mimo że pada z wycieńczenia, na widok skąpo odzianej niewiasty zrywa się i ganią ją jak oszalały, przy okazji nazywając rozpustnicą i wywłoką. Jego intencje są oczywiste, ale na szczęście boska interwencja sprowadza na niego klęskę.

Zupełnie inną sytuację zastajemy w „Nocy czarnego boga”, gdzie Conan dochodzi do wniosku, że prawdziwa miłość czeka go wyłącznie u boku dawnego obiektu westchnień. Wraca w rodzime strony, by odkryć, że Mala została porwana, a w dodatku zamiast gwałtu, wybrała samobójstwo. Dziwaczne są postacie kobiet w „Mieszkańcu ciemności” – jedna to władcza matrona pragnąca przemienić Conana w erotyczną zabawkę (czemu ten się zresztą poddaje), druga w niemal każdej wymianie słów zostaje bezpardonowo i pogardliwie uciszona. W „Tajemnicy rzeki czaszek” w końcu, ten jeden jedyny raz w całym tomie, dochodzi do bliskiego kontaktu fizycznego za aprobatą obydwu stron, ale ostatecznie zamiast niewiasty, Conan wybiera konia…

Bez wątpienia Cymeryjczykowi blisko do Jamesa Bonda, zawsze otacza się pięknymi kobietami, ale tylko niektóre z nich dostały od scenarzystów silny charakter. Taką postacią jest fenomenalna Valeria, która kradnie każdy kadr „Czerwonych ćwieków”. Szybko dowiadujemy się, że ma już na koncie pozbawienie życia nachalnego stygijskiego oficera, a innemu mężczyźnie obcięła język tylko za to, że spojrzał na nią pożądliwie. W oryginale Howard opisał bohaterkę słowami: „Cała jej postura odzwierciedla niesamowitą siłę, jednocześnie nie umniejszając kobiecości oblicza” i myślę, że taki wzorzec młodym kobietom jest w dzisiejszych czasach bardzo potrzebny. Nie tylko dlatego, że potrafi się bronić przed natarczywością adoratorów.

Conan dwukrotnie przybywa Valerii na ratunek i dwukrotnie okazuje się niepotrzebny. Piracka wojowniczka doskonale radzi sobie z mieczem, nie potrzebuje księcia w lśniącej zbroi (ani nawet barbarzyńcy w skórze przepasającej biodra), by rozwiązać własne problemy. Idzie tam, gdzie chce, mówi to, co chce i pozwala podejść zauroczonemu w niej bohaterowi tak blisko, jak ma na to ochotę. Wpływa to na niego bardzo pozytywnie, staje się prawdziwym dżentelmenem – bierze dwie warty, by mogła przespać cała noc, a rano przygotowuje nawet śniadanie z kaktusa. Energia między tymi postaciami jest rewelacyjna, wymykają się w płciowym stereotypom i mam nadzieję, że w kolejnych tomach spotkają się jeszcze nie raz.

Conan, Thor, Superman czy Luke Skywalker?

„Conan Barbarzyńca” to – jak powszechnie wiadomo – jedna z pierwszych historii gatunku magii i miecza, ale jej ponury realizm, brud, fizyczne wycieńczenie bohaterów i okazjonalne dreszczyki w stylu Edgara Allana Poe nadają wydarzeniom unikalnego charakteru, jakiego nigdy nie odnalazłem w żadnym innym fikcyjnym świecie. Wydanie opatrzono także dodatkami ułatwiającymi analizę kontekstualną, poznanie kulis powstawania opowiadań i komiksu. Czy czarno-biały Conan ma szansę przetrwać w kolorowej codzienności zdominowanej przez superbohaterów i „Star Wars”? Chciałbym, żeby tak było, bo ten inny, dojrzalszy i okrutniejszy świat wyrósł na kanwie osobistych przeżyć Roberta E. Howarda, Teksańczyka, który w młodym wieku doświadczył wielu okrucieństw związanych z ekonomicznym kryzysem. Dzisiaj zapisane przez niego treści ponownie stają się aktualne i wierzę, że czytelnicy będą potrafili to dostrzec w powstałych na ich bazie komiksach.

Recenzent: Jarosław Kowal

Conan Barbarzyńca, 1/2017
Tytuł oryginalny: The Savage Sword of Conan
Scenariusz: Robert E. Howard, Roy Thomas
Rysunki: Barry Windsor-Smith, Tim Conrad, Gil Kane, Neal Adams, Jim Starlin, Al Milgrom
Wydawca: Hachette (2017)
Liczba stron: 160

Polecamy także