Komiks

Daredevil. Żółty

dnia

daredevil zolty

Kiedy powstają najwybitniejsze historie o suberbohaterach? Kiedy twórcy pokazują ich, jak zwykłych ludzi, targanych emocjami, wątpliwościami. Z rysami na pięknych, nieskazitelnych – zdawać by się mogło – monumentach ich jestestwa. Tak było ze „Spidermanem. Niebieskim”, tak było z „Marvels” i „Watchmen. Strażnikami”. I tak samo wreszcie jest z „Daredevilem. Żółtym”.

Nieprzypadkowa konotacja ze wspomnianym albumem o Spidermanie wynika z osoby twórców obydwu komiksów. Zarówno jak za „Niebieskim”, tak i za „Żółtym” stoją Jeph Loeb i Tim Sale. Obydwaj to postacie znane w komiksowej branży, a niejedno ich dzieło zapisało się złotymi zgłoskami w historii komiksu. Loeb to czterokrotny zdobywca Eisnera (+ 2 nominacje) i kilku innych nagród, a Sale – także zdobywca Eisnera – to jego częsty współpracownik, który dzięki swojemu charakterystycznemu stylowi potrafi nadać głębię i wielowymiarowość scenariuszom swojego kolegi. Dlatego też nie powinno dziwić, iż taki duet tworzy dzieło – a później serię – inspirowaną kolorami, której nie można określić inaczej, jak wybitna.

Miłość to najbardziej ludzkie uczucie, które jednocześnie potrafi pchać nas do niewyobrażalnych czynów. Nie ma miłości idealnej, nieskazitelnej, jak by to chcieli widzieć niepoprawni romantycy. Jednak nic nie egzaltuje tak miłości, jak śmierć ukochanej osoby. Ogrom straty zaciera wszelkie rysy, wady, złe wspomnienia, a pozostaje tylko nienaruszalny pomnik uczucia, które zostało nam odebrane. Na takiej kanwie Loeb buduje swoją opowieść o Daredevilu, jednocześnie wracając do jego początków i wczesnych lat młodzieńczych, kiedy jeszcze żył Waleczny Jack Murdock. Komiks porusza więc temat dwóch kluczowych postaci w genezie tego marvelovskiego bohatera – ojca, którego niezłomność i niesprawiedliwa śmierć bardzo wstrząsnęła młodym Mattem, spychając go na ścieżkę zemsty oraz wielkiej miłości bohatera – Karen, która ukształtowała Daredevila najpełniej. Bowiem nic tak nie hartuje charakteru, jak utrata miłości. Wtedy albo spadasz na dno, albo dźwigasz się, by nic już nie zdołało cię złamać. Daredevilowi się to udało.

Nie ukrywam, że do postaci Daredevila podchodzę z wielkim sentymentem. To mój ulubiony bohater komiksowy, a miłość ta zakiełkowała dzięki Tm-semic i albumowi „The Man Without Fear”. Mrok, brud, które kryły się w tym komiksie były jakże odległe od przejaskrawionych i często naiwnych kreacji marvelovskich bohaterów w trykotach. Daredevil krył w sobie pewną nieugiętość, brutalność. Pokazywał, że walka ze złem zmusza cię, byś zanurzył się w trym brudnym, mrocznym świecie. Kryła się w tym wszystkim też nostalgia, tęsknota za zwykłym życiem, tym większa, że Matt – jako niewidomy – był już na zawsze skazany na życie z boku, jakby nieco poza światem, pozbawiony jakże ważnego ze zmysłów.

„Daredevil. Żółty” w mistrzowski sposób przypomina atmosferę, rozmienioną nieco na drobne choćby przez słaby film i albumy takie, jak „Diabeł Stróż”. Loeb z Sale’m dokonali rzeczy niezwykłej. Stworzyli historię o tragicznej miłości, opowiadanej w formie wspomnieniowych listów, nie zatracając jednocześnie niczego z charakterystycznych cech marvelowskiego świata. A w dodatku nadając mu głębię emocjonalną, jakiej niejednokrotnie trudno szukać w historiach spod znaku kolorowych trykotów. Tutaj tak naprawdę nie walka ma kluczowe znaczenie, nie superbohaterskie wyczyny. Autorzy przypominają, że Daredevil – mimo swoich niezwykłych zdolności i pozornych ułomności jest przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości. I za to kocham tę postać jeszcze bardziej.

Styl Tima Sale’a (wspieranego w zakresie koloru przez Matta Hollingswortha) jest niezwykły. Chłodne, pastelowe barwy i miękka, nieco rozmyta kreska sprawiają, że komiks wydaje się być zbiorem sennych obrazów. Jak na album oparty na wspomnieniach głównej postaci taki sposób rysunku sprawdza się doskonale. Nadaje opowieści ton nostalgii, jednocześnie pozwalając oddać ponurą, depresyjna atmosferę odczuć bohatera. Jego lęk, zagubienie, poczucie winy.

„Daredevil. Żółty” to nie tylko jeden z najlepszych komiksów o Człowieku, który nie zna strachu, ale jeden z najlepszych komiksów w dorobku Marvela. Polecam wszystkim, którym nie wystarcza tylko prosta, bezprecedensowa nawalanka facetów w obcisłych gatkach.

A w Karen Paige ze szkiców Tima Sale’a… ech, sam bym się mógł w niej zakochać…

6 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Daredevil. Żółty
Tytuł oryginalny: Daredevil
Scenariusz: Jeph Loeb
Rysunki: Tim Sale, Matt Holingsworth
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Mucha Comics (2015)
Liczba stron: 144
Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także