Muzyka

Diaboł Boruta – Stare ględźby

Opublikował

dnia

diabol boruta stare gledzby

Gdyby lata temu Tomasz Budzyński przeżył podczas wyjścia na grzyby zespolenie z duchem boru, nagrywałby dziś podobną muzykę do tej ze „Starych ględźb”. A może i nie – ale i tak nietrudno wyobrazić sobie jak lider Armii z zapałem wyrykuje większość zebranych tu utworów.

Wniosek z tego wszystkiego taki, że nowy materiał rzeszowskiej grupy Diaboł Boruta to rzecz intrygująca, chwytliwa i pełna żaru – a do tego świetnie się prezentująca i brzmiąca tak, że muzycy śmiało mogą z nią podbijać świat. Zwykle porównuje się twórczość Boruty do najbardziej znanych europejskich folk-rockowców/metalowców w rodzaju Korpiklaani albo Ensiferum, a ja pozwalam sobie dodać do tego zestawu naszą polską Armię – bo choć oczywiście nie jest tak folkowa, to zdarza jej się podobnie operować „atmosferą tajemnicy”, odgrywającej na „Starych ględźbach” znacznie większą rolę niż na którejkolwiek z czysto zabawowych płyt Korpiklaani. Czy Wam się to podoba czy nie, album Boruty to coś więcej niż tylko przyjemny podkład muzyczny pod picie wódki.

Zaczyna się od klimatycznego, ascetycznego wstępu zatytułowanego „…początek”, gdzie przez trzy minuty z okładem siecze się nas jedną melodyjką (nie żebym miał pretensje), która w chwilę potem wybrzmiewa jeszcze w tle wybuchowego, rozkrzyczanego „Eposu”, gdzie zespół atakuje nas już pełną mocą. To się, proszę państwa, nazywa porządne otwarcie płyty! Świetne wrażenie nie mija podczas wybrzmiewania dwóch kolejnych kawałków, którymi są „Perun” oraz „Kikimora i zboże”: oba opatrzono wpadającymi w ucho – choć przecież odpowiednio dzikimi – partiami wokalnymi Pawła Rudobrodego (zaśpiewy „Hej! Hej!” w „Perunie”, przebojowy refren w „Kikimorze…”). A kiedy podczas krótkiego interludium („…trzecia w nocy…”) zaczynamy zastanawiać się jak długo panowie uciągną jeszcze granie na tak wysokim poziomie, nagle uderza w nas jeden z największym hitów płyty: bardzo „armijny”, żwawo gnający do przodu numer „Żeńcy i Południca”, w którym wokalista znów nie odmawia sobie odrobiny „Hej! Hej!”. I bardzo dobrze. Zresztą zaraz potem czeka na nas utwór tytułowy, w którym „Hej-heja-hej!” to w zasadzie cały refren – ale przecież tak właśnie powinno się śpiewać folk rocka. Zresztą nie można oskarżać zespołu o zaniedbywanie warstwy tekstowej – w końcu dostajemy na „Starych ględźbach” naprawdę uczciwy przegląd różnego rodzaju słowiańskich legend, co znakomicie współgra z żywą, pełną dramaturgii muzyką.

Ostatnie trzy utwory – „Srebrne żmije”, „Byłem ongi dębem” i „Leśnik” – nie strącają wysoko zawieszonej poprzeczki, oferując całe mnóstwo folkowych (początek „Leśnika”) oraz gitarowych smaczków (ach, to powracające wywijanie w „Dębie”!) i zaraźliwie nośnych partii wokalnych. A na zakończenie muzycy proponują nam bardzo udaną przeróbkę superhitu Korpiklaani „Vodka” (moim zdaniem, wcale nie gorszą niż oryginał) i anglojęzyczne wersje „Kikimory…” oraz „Żeńców…”. I tym sposobem otrzymujemy blisko 50 minut niesamowitego, zdmuchującego kapelusze ze łba folk rocka w rodzimym wydaniu.

Radzę: pokochajcie Borutę póki z niego swojak i nie występuje jeszcze jako główna gwiazda Sylwestra z Dwójką!

5 Stars

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Diaboł Boruta – Stare ględźby
Label: AFM/Pure Steel Records (2015)
Dystrybutor: Mystic Productions

Polecamy także