Komiks

Doctor Mephistopheles, 1/2018

Opublikował

dnia

Dr-Mephistopheles-1-obwoluta

Postacie z pierwszych stron gazet to zazwyczaj aktorki, piłkarze albo zespoły muzyczne. Są rozpoznawalne niemal na całym globie, zarabiają krocie, a ich opiniami sugerują się tysiące fanów i fanek. A gdyby tak cały ten splendor, bogactwo i posłuch oddać tym, którzy ratują życie? Gdyby to lekarze zostali gwiazdami i wzorami do naśladowania? Doctor Mephistopheles jest właśnie kimś takim.

Nawet w fikcyjnych światach nikt jeszcze nie płaci ponad dwustu milionów euro za transfer lekarza z jednego szpitala do drugiego. Takie stawki na ogół obowiązują w zawodach o niskiej przydatności społecznej, bo chociaż każdy zgodzi się, że prędzej obylibyśmy się bez kina czy Mundialu niż bez służby zdrowia, to jednak niewielu wolałoby gromadzić się przed telewizorami i krzyczeć w kierunku ekranowego kardiochirurga: „kaniuluj aortę!”. Gdyby jednak medialni lekarze nie przypominali amerykańskiego Dr. Phila, tylko gwiazdy rock; gdyby rzucali uroki charyzmą i odwagą, być może dałoby się zarobić więcej na białych kitlach niż na koszulkach z nazwiskami piłkarzy.

Nie wiem tego na pewno, ale mogę się założyć, że tytułowego bohatera wzorowano na muzykach nurtu visual kei i ich androgynicznym image’u. Ci z kolei z jednej strony czerpali z dorobku glam rockowego szaleństwa z początku lat 70., z drugiej nie mają historycznie zakodowanego wzorca mężczyzny idealnego. W książce „Wizerunek mężczyzny w Visuak Kei” Klaudia Adamowicz cytuje inną badaczkę zjawiska, Josephine Yun: „Japonia ma sięgającą antycznych czasów tradycję noszenia udziwnionych strojów oraz cross-dressingu, a mężczyzna pozostający w kontakcie ze swoją kobiecą naturą jest postrzegany jako zdrowa, zrównoważona jednostka”. Mephisto doskonale wpisuje się w ten opis, a jego pierwszemu pojawieniu się na kartach komiksu towarzyszy aura dostojności.

Ogromną pracę w wykreowanie fascynującego bohatera włożyła Kairi Shimotsuki. Kadr zapoznawczy między nim a czytelnikami nie ujawnia wprawdzie twarzy – ta, lekko opuszczona, przysłonięta jest przez długie włosy – ale zapiera dech w piersiach nietypowym, „kanciastym” cieniowaniem i sylwetką o nieludzkich kształtach rozpływającą się w coraz gęstszy wzór i wreszcie całkowitą ciemność. Podobne cieniowanie zostaje wykorzystane także w wielu innych miejscach na długości całego tomu i za każdym razem przykuwa uwagę oryginalnością.

Fabuła uzasadniająca umieszczanie całego tego piękna na papierze w pierwszym, liczącym ledwie sto siedemdziesiąt dwie strony, tomie zasiewa kilka intrygujących ziaren. Najciekawszym wątkiem jest nienazwane wprost ponowne przyjście zbawiciela, które unaocznia się bez sakralnej subtelności, choć wyraźnie powiązane jest z religią chrześcijańską. Ukazanie nieśmiertelnych trzewi (serca, płuc i tak dalej) za każdym razem wzbudza skojarzenia z body horrorem, który jakby nie patrzeć więcej ma wspólnego z rzeczywistym rozczłonkowaniem niż piękno bijące ze średniowiecznych malunków.

Drugim ciekawym, dopiero nabierającym tempa wątkiem jest relacja Mephistophelesa z tajemniczym, nierozumiejącym prawideł otaczającego go świata Soyogim Kazukim, który aktualnie przybiera formę ludzkiego ciała, ale dopiero zaczyna się z nim oswajać. Nie jest to stereotypowe yaoi (czyli manga z głównym wątkiem fabularnym oscylującym wokół męsko-męskiego związku), niemniej trudno pomylić ten rodzaj napięcia z relacją pozbawioną elementu fizycznej fascynacji.

Mam wrażenie, że powstaniu „Doctora Mephistophelesa” towarzyszyła potrzeba uchwycenia ulotnego piękna, za którym nie stoi wprawdzie jedynie pretekstowa treść, ale na pewno ma ona znaczenie podrzędne. Być może w kolejnych dwóch tomach proporcje zostaną zmienione, ale nawet jeżeli taka formuła przetrwa do samego końca, nie widzę niczego złego w postawieniu na graficzne walory z treścią umacniającą doznania wizualne. W końcu komiks to nie książka i powinien cieszyć także oko.

Recenzent: Jarosław Kowal

Doctor Mephistopheles
Tytuł oryginalny: Makai Ishi Mephisto
Scenariusz: Hideyuki Kikuchi
Rysunki: Kairi Shimotsuki
Tłumaczenie: Joanna Kaniewska
Wydawca: Waneko (2018)
Liczba stron: 172

Polecamy także