Literatura

Dominik Łuszczyński – Chorały z pogranicza czasu

Opublikował

dnia

patronat

Chorał — o czym poucza nas lektura odpowiednich kompendiów — to nie tylko śpiew, ale i utwór (zasadniczo poetycki) o poważnym, podniosłym nastroju. Określenie to, wykorzystane przez Dominika Łuszczyńskiego w tytule zbioru „opowieści z dreszczykiem”, konotuje zatem asocjacje, które ukierunkowują lekturę, pozwalając na pierwsze skojarzenia ze wzniosłością, od której odzwyczaiła nas współczesna fantastyka grozy. Ta bowiem ostatnimi laty zostaje kojarzona z absurdem egzystencjalnym spod znaku bizarro fiction, bądź powielanymi, skonwencjonalizowanymi rozwiązaniami inspirowanymi poetyką horroru.

Przeciwwagą dla tych — skądinąd niejednokrotnie interesujących artystycznie i koncepcyjnie — realizacji nurtu nowoczesnej fantastyki grozy pozostają „Chorały z pogranicza czasu” Łuszczyńskiego. Już podczas pierwszej lektury można dostrzec odmienność estetyczną składających się na tom opowieści na tle najnowszej produkcji literackiej (do pewnego stopnia ową inność sygnalizuje okładka zbioru, to jednak można docenić dopiero post factum). Tym, co decyduje o odmienności propozycji literackiej autora, jest odwołanie do jednego ze źródeł fantastyki grozy, jakim jest, charakterystyczna dla XIX-wiecznej prozy, opowieść niesamowita.

Tak przyjęta koncepcja całości wymusza na autorze wybór określonych rozwiązań artystycznych, począwszy od tematyki, poprzez rekwizytornię, po styl i sposób kreślenia językowego sposobu bycia bohaterów. Toteż — w przeciwieństwie do Marcina Rusnaka, który zatytułował własny zbiór „Opowieści niesamowite” (2013) — Łuszczyński nie uwspółcześnia rekwizytorni. Co więcej: najciekawsze z utworów rozgrywają się w bezczasie, którego nie sposób dookreślić („Piastunka”, „Gromniczne szepty”, „Portale”, „Wizja siostry Magdaleny”). One też stanowią kwintesencję tego, co w proponowanej przez autora koncepcji fantastyki grozy pozostaje domeną niesamowitości (gdyby zaś spośród nich wybrać najlepsze, byłyby to zdecydowanie „Gromniczne szepty”). Oparcie ich na przewrotnej poincie umożliwia Łuszczyńskiemu wyartykułowanie relatywizmu oceny postaci, przy jednoczesnym zachowaniu dydaktyzmu właściwego dawnej fantastyce grozy. Jednakże i inne utwory oparte na późniejszych wzorcach „opowieści z dreszczykiem”, godne są uważnej lektury, jako świadectwa różnorodności źródeł inspiracji. Niewątpliwie najbardziej wyrazisty pod tym względem pozostaje wpływ twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta w utworze pt. „Mariaż”. I chociaż akcja opowieści rozgrywa się pośród szwarcwaldzkich lasów i w murach uczelni Cambridge, a jego bohaterowie nie wykładają na uniwersytecie Miskatonic w Arkham, pisarzowi udało się oddać atmosferę kosmicznego zagrożenia, jakie ze strony pozaziemskich bytów czyha na ludzkość. Z kolei „W ciszy pośród piór” oraz „Zwierciadlaność” wiele zawdzięczają makabrycznym fascynacjom Edgara Allana Poego, zaś „Apoteoza ohydztwa” i „Oczy zamknięte, dusze oziębłe, serca gorejące” zapewne nie powstałyby, gdyby nie artystyczne doświadczenia niemieckiego ekspresjonizmu. Jedynie „Niemoc” zdaje się opowieścią nie przystającą do pozostałych, jakkolwiek i dla niej można odnaleźć klucz interpretacyjny w postaci modernistycznej fascynacji sprawczą mocą sztuki.

Nieprzypadkowo też zdecydowana większość opowieści rozgrywa się w kameralnej scenerii, pozwalającej na artykulację jednostkowych dramatów w sposób zdecydowanie bardziej wyrazisty, niż sytuowane na szerszym tle. Co więcej: takie rozwiązanie umożliwia Łuszczyńskiemu eksperymenty związane ze sferą języka i jego archaizacji na prozę późno młodopolską. Być może zaważył na tym wybór formy opowieści właściwej dla XIX-wiecznych początków fantastyki grozy. Niewątpliwie jednak jest to wybór najbardziej trafny z możliwych, bowiem tok opowieści (zwłaszcza jeśli czytać je na głos, niczym w dawnych czasach, zanim krąg przy kominku został zastąpiony przez radio, a później telewizję) zyskuje hipnotyzującą potoczystość.

Całości dopełniają nastrojowe grafiki, korespondujące z poszczególnymi utworami, do których stanowią zarazem rysunkowy komentarz. I wszystko byłoby w „Chorałach z pogranicza czasu” zbliżone do doskonałości, gdyby nie edytorska maniera oficyny wydawniczej, by — podobnie jak w wypadku innych zbiorów opowiadań — zamieszczać w nagłówku tytuł całości zamiast kolejnych utworów. Jest to jednak niezręczność na tyle mało istotna w konfrontacji z walorami literackimi tomu, że nie może zaważyć na ocenie całości.

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Dominik Łuszczyński – Chorały z pogranicza czasu
Wydawca: Phantom Books (2018)
Liczba stron: 147
Adam Mazurkiewicz

Z powołania i zamiłowania krytyczny czytelnik fantastyki i kryminału we wszystkich odcieniach. W chwilach, gdy nie czyta gotuje. Z zasady nie bierze udziału w życiu mediów społecznościowych, a mimo to nie czuje się wyalienowany.

Polecamy także