Film

Dziedzictwo. Hereditary

dnia

„Dziedzictwo. Hereditary” to trochę taki teatr jednego aktora, a ściślej aktorki bowiem odtwórczyni głównej roli – Toni Collette zdecydowanie zdominowała tę produkcję. I nie chodzi o to, że reszta aktorów gra słabo. Po prostu kreacja Colette zdaje się „ciągnąć” cały film, nadając mu nie tylko artystycznej głębi, ale skutecznie igrając z widzem, który przez większość czasu ma problem z odróżnieniem filmowej rzeczywistości od fikcji będącej wytworem popadającego w obłęd umysłu…

Wszystko zaczyna się od śmierci seniorki rodu. Już na pogrzebie dowiadujemy się, że relacje w rodzinie zbyt dobre nie były. Cóż… z każdą scena okazuje się, że jest gorzej, niż się nam dotychczas wydawało. Wychodzą na wierzch ukryte animozje, lęki i frustracje. Rodzina Grahamów ma więcej brudnych sekretów, niż mogłaby pomieścić, więc (jak można się domyślić) z czasem te brudy zaczynają się po prostu wylewać. A my, obserwując to z boku zaczynamy tracić poczucie realizmu. Bo z jednej strony reżyser cały czas podsyca w nas przeświadczenie, że jeszcze wszystko przed nami, że prawdziwe tąpnięcie nastąpi za chwilę, zaraz, za moment, ale w tym samym czasie zaczyna sugerować, że być może to po prostu zwyczajne (sic!) popadanie w szaleństwo matki, którą skala problemów zaczyna przerastać.

Z całą pewnością nie jest to film łatwy w odbiorze. Nie jest to kino dynamiczne, o jasno zarysowanych relacjach między bohaterami. Gdyby odrzeć go z elementów grozy pozostałby surowym, ciężkim dramatem obyczajowym, opowiadającym o mocno dysfunkcyjnej rodzinie, która nie do końca potrafi się otrząsnąć po śmierci seniorki rodu, której toksyczny wpływ na rodzinę nie budzi żadnych wątpliwości. Zwłaszcza wspomniana matka, rewelacyjnie zagrana przez Toni Collette, zdaje się coraz mocniej zatracać w swoistym oderwaniu od rzeczywistości, które zaciera także nam, widzom granicę pomiędzy realizmem a światem wyobrażeń.

Owszem, nie brak tu scen krwawych i odpychających w swej dosłowności. Jednak daleko im do przerysowanej estetyki gore – być może właśnie dlatego są aż tak odpychające? Jednak przede wszystkim jest to kino emocjonalne, zogniskowane na eksponowaniu relacji pomiędzy członkami rodziny, a tajemnica, którą kryje familia Grahamów to tylko swoista wisienka na torcie. I chyba – paradoksalnie – jeden ze słabszych elementów filmu. [UWAGA SPOJLER]. Motyw mrocznego kultu jest przez horror solidnie już wyeksponowany, jednak tutaj bliżej kreacji do „Dziecka Rosemary”, niż np. „Wyznawców zła”, co akurat działa na korzyść dzieła. I coś, co pozornie może wzbudzać uśmiech politowania (zgraja staruszków próbująca inkarnować starożytnego demona), w takim wydaniu staje się co najmniej mocno niepokojące. [KONIEC SPOJLERA]. Duża tu zasługa reżysera – Ariego Astera, który umiejętnie dawkuje nam poszczególne elementy układanki, myli tropy i bawi się naszym oczekiwaniem na jump scare’y, a jednocześnie sugestywnie podtrzymuje, zwłaszcza dzięki mocno psychodelicznej muzyce, nasze poczucie niepokoju.

„Dziedzictwo. Hereditary”, klimatem kojarzy mi się z pierwszą połową „Mother” Aronofsky’ego. Choć Aster nie uległ tak mocno fantasmagorycznym wizjom, jak jego kolega po fachu, i mimo wszystko umiejętnie balansuje na granicy surowego realizmu, to jednak pewna atmosfera oniryczności jest zbliżona dla obydwu filmów, zwłaszcza w fazie początkowej.

Najnowsze dzieło Ariego Astera nie jest filmem dla każdego. Z jednej strony mroczny, duszny dramat obyczajowy, z drugiej niepokojąca historia okultystyczna, zakorzeniona w pozornie zwyczajnej społeczności. I wszechobecny ciężar tytułowego dziedzictwa, spuścizny po przodkach, brzemienia zostawionego przez nich, dostrzegalnego w tym kim jesteśmy i w naszych zachowaniach. Bowiem, czy my tak naprawdę jesteśmy kreatorami samych siebie? Aster zdaje się sugerować coś przeciwnego. Jakbyśmy byli składową tego, co skłonni nam są przekazać nasi poprzednicy, a co czyni nas ludźmi, jakimi jesteśmy czasem wbrew naszym chęciom i pragnieniom. Jakbyśmy, zamiast móc kształtować nasze życie, zmuszeni byli wejść w role, które zawczasu dla nas przygotowano. I to jest chyba najbardziej przerażające…

„Dziedzictwo. Hereditary” to z pewnością kino trudne, nieszablonowe, nie będące typowym horrorem, ale filmem, który dla grozy próbuje szukać nowych ścieżek. I całkiem dobrze mu to poszukiwanie wychodzi. Warto!

Recenzent: Mariusz „Orzeł”Wojteczek

Dziedzictwo. Hereditary
Tytuł oryginalny: Hereditary
Kraj: USA (2018)
Reżyseria: Ari Aster
Obsada: Toni Collette, Alex Wolff, Milly Shapiro, Gabriel Byrne
Dystrybutor: Monolith Films

zobacz w cc

Mariusz

Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także