Literatura

Edward Lee – Zgroza w Innswich

dnia

innswich

patronat

Zacznijmy od tego, że zupełnie innej książki się spodziewałem. Znając wcześniejsze powieści Edwarda Lee wydane w naszym kraju, wyobrażałem sobie „Zgrozę w Innswich” jako brutalny, wściekły, kipiący przemocą horror, luźno nawiązujący do lovecraftowskich dzieł. Trochę, jak „Sukkub”, tylko w konwencji odwołującej się do prozy Samotnika. Dostałem coś zgoła innego – książkę nastrojową, otwarcie przyznającą się do bycia swoistym hołdem dla Mistrza z Providence, która jednak momentami irytowała mnie zbyt egzaltowanymi dialogami i mocno przerysowanym wątkiem romansowym. Ale całość, mimo drobnych uwag, oceniam na plus.

„Zgroza w Innswich” jest hołdem dla jednego z najważniejszych dzieł Lovecrafta – „Widma nad Innsmouth”, o czym zresztą mówi we wstępie sam autor, nazywając Lovecrafta swoim Bóstwem – a do tego główny bohater – Foster Morley – jest wręcz ślepo zafascynowany prozą Samotnika i rusza jego śladami, by poznać lepiej życie tajemniczego, uwielbianego przez siebie pisarza. Trafia do Innswich, które w powieści Lee miało być dla Lovecrafta inspiracją do napisania „Widma…”. Miasto, jakie Morley zastaje jest dalekie od tego, czego się spodziewał. Odnowione, nowocześniejsze, pozbawione aury posępności, jaką odmalowywał w jego opisach Lovecraft. Morley zdaje się być wręcz zawiedziony tym, że tak bardzo rzeczywistość odbiega od literackiej fikcji, że postanawia zostać na jakiś czas w mieścinie by poszukać jakichkolwiek śladów bytności swojego idola. A że Innswich okaże się zupełnie innym, o wiele bardziej tajemniczym i złowrogim miejscem, niż Foster się spodziewa – cóż, łatwo się domyślić, w końcu ta opowieść to horror, w dodatku pisany przez miłośnika jego ekstremalnej odmiany.

Rzeczywiście udało się Lee oddać atmosferę tajemniczości i uzyskać nastrój nerwowego oczekiwania. Strona po stronie budowane jest napięcie. Powoli, nieśpiesznie, a my – przeczuwając, że ma się coś stać (i oczekując tego) nerwowo ogryzamy przy lekturze paznokcie. Obraz mieściny na pozór idealnej, szczęśliwej i spokojnej, która kryje pod sobą drugą warstwę, pełną zgnilizny i brudu to temat, który w horrorze był już eksploatowany na wiele sposobów, ale u Lee – dzięki wykorzystaniu bardzo bezpośrednich odniesień do Lovecrafta – odnajdujemy mroczną atmosferę przynależną do tej konwencji i sprawiającą, że miasteczko Innswich sprawdza się w swej roli doskonale. Nie jest to może spojrzenie na temat nad wyraz świeże, ale i sam autor nie próbował przełamać konwencji, a jedynie oddać należny hołd swemu mistrzowi.

W tej warstwie książka z całą pewnością jest udana. Lee tym razem nie przesadził z brutalnością i nadmierną ilością seksu, stawiając na atmosferę i umiejętnie budowany nastrój, co wyszło powieści na zdrowie. Mam natomiast zastrzeżenie – jak wspomniałem na wstępie – do wątku romansowego. I już nie chodzi o tę romantyczną miłość od pierwszego wejrzenia, ani o bezkompromisową akceptację przeszłości swojej wybranki przez Fostera. Jednak dialogi pomiędzy nimi momentami wołają o pomstę do nieba, kipiąc tendencyjną kiczowatością i mocno psując odbiór tych fragmentów. Ja rozumiem wiktoriańską mentalność w sposobie narracji powieści – i jak najbardziej ją akceptuję – jednak Lee momentami się zagalopował, przerysowując niektóre sceny pomiędzy bohaterami. Gdyby nie to, książka naprawdę by mnie urzekła, a tak, mam nieco mieszane uczucia, bo znakomity początek prowadzi do nieco tendencyjnego końca.

Jako, że powieść stanowi bezpośredni hołd składany „Widmu nad Innsmouth”, nie można tu mówić o jakichś niesamowitych zaskoczeniach. Każdy, kto zna opowieść Lovecrafta, będzie wiedział czego się spodziewać i jak (z grubsza) musi rozwinąć się akcja. Przynajmniej w zakresie odkrywania tajemnicy miasteczka. I to jest największa bolączka tej książki: za szybko domyślamy się kolejnych zdarzeń. Choć trochę w akceptacji tego pomagają zabiegi Lee na odświeżenie historii, np. przez wprowadzanie nowych, interesujących i nie tak całkiem pobocznych bohaterów.

„Zgroza w Innswich” to dobra powieść, mogąca zaciekawić także tych, których Lee dotychczas odstręczał wykorzystywaną namiętnie estetyką gore. Fani Lovecrafta mogą być albo zadowoleni, albo rozbawieni taką forma hołdu, ale jeśli nie są nadmiernymi lovecraftowskimi purystami, to nie powinno ich mierzić balansowanie na obrzeżach lovecraftowskiej prozy przez nieco mniej sprawnego rzemieślnika grozy.

Na pochwałę zasługuje też samo wydanie. Dom Horroru przygotował dwie wersje okładki: twardą i miękką. Twarda – jako wydanie limitowane w ilości 66 egz. rozeszło się błyskawicznie (mam nr 58), ale zadowala solidnością wykonania i dobrym, kremowym papierem o wysokiej gramaturze, więc polecam, jeśli gdzieś pojawi się na książkowym rynku wtórnym.

4 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Edward Lee – Zgroza w Innswich
Tytuł oryginalny: The Innswich Horror
Tłumaczenie: Paulina Kowalska
Wydawca: Dom Horroru (2017)
Liczba stron: 220
Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog "Co przeczytać? - subiektywny blog literacki". Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także