Muzyka

Elm Street – Knock’em Out… With A Metal Fist

Opublikował

dnia

elm street recenzja

Czy pod kuszącą fana horroru nazwą oraz okładką kryje się równie kusząca muzyka? Jak najbardziej – oczywiście pod warunkiem, że lubicie drapieżne heavymetalowanie w duchu dawnych dokonań Judas Priest czy Iron Maiden.

Australijska formacja Elm Street to żadni nowicjusze: działają od roku 2003 i choć przez cały ten czas udało im się jak dotąd wydać tylko dwa pełnowymiarowe albumy (omawiany „Knock’em Out…” jest właśnie ich numerem 2), to wielbiciele tego rodzaju grania dobrze już nazwę tej kapeli znają. I to nie tylko ze względu na to, że muzycy Elm Street zdążyli się otrzaskać ze sceną u boku takich kapel jak Sepultura, Iced Earth czy Accept, ale również dlatego, że wciąż dotkliwie brakuje grup, które tak starannie wskrzeszałyby krzepką metalową łupaninę z lat 80., nie popadając przy tym w śmieszność czy pretensjonalność (no, chyba, że dziarski metal jest dla kogoś z definicji śmieszny i pretensjonalny, wiadomo). Stąd właśnie okładka zaprojektowana przez legendarnego Kena Kelly’ego (jego prace zdobiły niegdyś fronty albumów Kiss czy Manowar), stąd również odpowiednio wojownicze teksty i srogo krzesane riffy, czasami dość wyraźnie kojarzące się z tym, co trzy dekady temu wykombinowali mistrzowie gatunku. Kogo nie interesują hołdy dla muzyki sprzed lat, ten w zasadzie nie ma tu czego szukać – ale jeśli właśnie „cudem wskrzeszonego” metalu sprzed paru dekad pragniecie posłuchać, zdecydowanie nie powinniście tego krążka przegapić.

Zaczyna się groźnie bo na start idą trzy dość zwięzłe i dynamiczne kawałki, w których wokalista/gitarzysta Ben Batres z podziwu godną furią zdziera i struny głosowe, i gitarowe („Face the Reaper”, „Kiss the Canvas”, „Will It Take a Lifetime”), ale już wybrzmiewający zaraz po nich, ponad 6-minutowy „Sabbath” (wbrew tytułowi kojarzący się zdecydowanie bardziej z twórczością wczesnego Maiden niż któregokolwiek wcielenia Black Sabbath) pokazuje, że chłopaki potrafią też utrzymać naszą uwagę kiedy bardziej skupiają się na budowaniu atmosfery niż jeździe od jednego krzykliwego refrenu do kolejnego. I choć środkowej części płyty – składającej się z nośnych 4-5-minutowców w postaci „Heavy Mental”, „Next in Line” oraz „Heart Racer” – z pewnością nie brakuje uroku, to osobiście uważam, że najmocniejszym fragmentem płyty jest jej epicki finał. Tworzą go znakomite, powalające groove’em i klimatem numery „S.T.W.A”/ „Blood Diamond” (niby potraktowane jako oddzielne ścieżki, ale tak naprawdę stanowiące bardzo zgrabną całość i trwające w sumie ponad 13 minut) oraz „Leave It All Behind” (ponad 7 minut klimatycznego heavymetalowego wycinania z dużą dawką suspensu i okraszonego nadzwyczaj zbolałym wokalem, do którego trzeba się przez jakiś czas przyzwyczajać; tym razem wszystko trochę „pod” wczesny Savatage). Tak potrafią wycinać tylko ci, którzy prawdziwie miłują metal w tym najbardziej tradycyjnym, „rycerskim” wcieleniu!

Jeśli więc jeszcze tego nie zrobiliście, szybko dopiszcie sobie nazwę Elm Street zaraz obok Roxxcalibur, Stormzone, Holy Grail, Enforcer albo Night Demon, czyli tych zespołów, które nie tylko chcą, ale naprawdę potrafią reanimować granie z czasów kiedy dopiero rodził się heavy metal. Wypada tylko życzyć Australijczykom żeby trochę częściej spotykali się w studiu nagraniowym – i może częściej stawiali na śpiew niż na krzyk. Wtedy będzie już naprawdę pięknie.

4 Stars

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Elm Street – Knock’em Out… With A Metal Fist
Label: Massacre (2016)
Dystrybutor: brak

Polecamy także