Film

Ghost in the Shell

dnia

Fabularny „Ghost in the Shell” to film, który już przed premierą podzielił fanów na takich, którzy oczekiwali z nadzieją, tych, którzy uznali, że to się nie może udać oraz tych, którzy postanowili zachowawczo poczekać, co z całego przedsięwzięcia wyjdzie. Nie ukrywam, że zaliczając się do tej trzeciej kategorii, moje oczekiwanie podszyte było lękiem o finalny efekt, bowiem adaptacja materiału tak trudnego, jak znakomite anime z 1995 roku wydawało się dla hollywoodzkich twórców zbyt wysoko postawioną poprzeczką. A „Ghost in the Shell” – jako film – udał się. Choć tylko połowicznie, bo pod pewnymi względami to produkcja znakomita, a w pewnych kwestiach nie udźwignęła ciężaru spoczywających na nim nadziei.

Pierwsza sprawa to fakt, iż nie jest to fabularna ekranizacja anime. To luźna adaptacja, eksplorująca niektóre wątki, korzystająca z co bardziej epickich scen i transferująca je z animacji na język klasycznego kina, ale i opowieść, która musi się odnaleźć w notowaniach amerykańskiego box office – a więc musi być odpowiednio widowiskowa i przyswajalna dla jak najszerszej grupy odbiorców. I pod pewnymi względami zamysł się udał. Ba, powiedziałbym, że pod wszystkimi, choć pod względem artystycznym wpasowanie się we wspomniane notowania niekoniecznie zawsze działa na korzyść filmu.

Jeśli zwrócimy uwagę na stronę wizualną, to „Ghost in the Shell” jest majstersztykiem, wspaniale ukazującym dystopijną, stechnicyzowaną przyszłość, gdzie technologia niekoniecznie jest samym w sobie dobrodziejstwem, ale też i źródłem rozlicznych zagrożeń. Scenografia miasta mocno kojarzy mi się z klasycznym „Blade Runnerem” i dobrze oddaje atmosferę metropolii znaną z anime. Efekty specjalne spełniają oczekiwania, dając nam odpowiednie ilościowo dawki akcji, bijatyk i strzelanin, a prowadzenie kamery to wyśmienita praca, odpowiednio akcentująca kluczowe motywy i sprawnie oddająca dynamikę pojedynków (czego brakowało mi nieco np. w „Loganie”). Jednak od strony fabularnej historia Major nie tylko została mocno zmodyfikowana, ale też spłycona. Wielowątkowa opowieść o próbie zrozumienia własnej tożsamości i określenia, na ile maszyna zdolna jest do samodzielnego, nieprogramowalnego odczuwania realnych emocji została przekształcona w tendencyjną historyjkę o poszukiwaniu swoich korzeni i prawdziwego „ja” przez Major, co prowadzi nas do wątku romansu…

Przypomina to nieco spłycenie w ekranizacji znakomitej fabuły komiksu Alana Morre’a „V jak Vendetta”. W filmie V też okazuje się ofiarą tych, których ściga, jako antagonista nie jest do końca godny potępienia, raczej należy mu się współczucie, a wątek romantyczny wpycha się z buciorami, by zatrzeć wszelkie poważniejsze przesłanki… „V jak Vendetta” okazał się finalnie filmem płytkim, chwytliwym i jedynie widowiskowo przerysowanym, a „Ghost in the Shell” – choć aż tak bardzo swojej historii nie spłyca, to jednak też broni się przede wszystkim stroną wizualną. Opowieść – tak styczna przecież z filmową „V jak Vendetta” – jest tylko infantylną wersją wspaniałej, złożonej historii znanej tym, którzy oglądali anime. I oni mogą poczuć największy niedosyt. Pozostali odbiorcy mają szansę zachwycić się filmem, bowiem jako współczesne, zachodnie i hollywoodzkie kino sci-fi „Ghost in the Shell” radzi sobie całkiem nieźle. Owszem, nie bezbłędnie, ale nieźle, jeśli tylko nie chcemy go na siłę wtłoczyć w ramy zdjęte z animowanego oryginału i uświadomimy sobie, że hollywoodzka produkcja musi być przystępna dla jak najszerszego grona.

Mimo zastrzeżeń, o jakich pisałem wyżej, uznaję „Ghost in the Shell” nie tylko za film wart obejrzenia, ale jako relatywnie dobre kino fantastyczne, któremu równie daleko do arcydzieła, jak i do gniota. Scarlett Johansson swoją rolę udźwignęła i z pewnością dobrze oddała rozterki cybernetycznej Major, zagubionej w postrzeganiu własnej istoty. Sądzę, że zdołałaby unieść także ciężar nieco bardziej zaangażowanej roli, gdyby scenarzyści jej na to pozwolili. Rupert Sanders jako reżyser był tu dla mnie – po nieszczęsnej „Królewnie Śnieżce i Łowcy” – miłym zaskoczeniem: poradził sobie, dając nam niezłe widowisko, umiejętnie czerpiące z oryginału, ale jednocześnie nie próbując go doścignąć. Moss, Herman i Wheeler – autorzy scenariusza – zbyt lekko, moim zdaniem, podeszli do problematyki poruszanej przez oryginał i za bardzo zamerykanizowali film. Może i stał się on bardziej przyswajalny dla zachodniego widza i lepiej wpisuje się w kanwę hollywoodzkich produkcji, ale jednocześnie wypada mocno infantylnie. Całość ratuje autor zdjęć – Jess Hall – który sprawił się świetnie.

Po seansie pozostaje niedosyt i poczucie zagubienia. Z jednej strony wspaniałe widowisko, z drugiej prostota i infantylność opowiadanej historii, która pogubiła większość zagadnień, czyniących oryginał wyjątkowym. A to nie pozwala ocenić „Ghost in the Shell” jednoznacznie.

4 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Ghost in the Shell
Tytuł oryginalny: Ghost in the Shell
Kraj: USA (2017)
Reżyseria: Rupert Sanders
Obsada: Scarlett Johansson, Pilou Asbæk, Takeshi Kitano, Michael Carmen Pitt
Dystrybutor: UIP

zobacz w cc

Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także