Film

Głosy ze ściany

dnia

„Głosy ze ściany” w reżyserii Erica D. Howella, to film który mógł być dziełem naprawdę dobrym, jednak ma dwie poważne wady, które strasznie obniżają jego jakość. Pierwszą jest obsadzenie w jednej z głównych ról Emilii Clarke. Drugą, bardzo enigmatyczne i rozczarowujące zakończenie. Jednak muszę przyznać, że pomimo przeciwności całkiem przyjemnie się go oglądało, i jest w tym obrazie coś, co może się podobać.

Verena opiekuje się dziećmi z problemami. Zamieszkuje pod jednym dachem ze swoim pacjentem, a gdy ten wraca do zdrowia, opuszcza jego dom i wyrusza do kolejnego. Prowadzi samotne życie, obdarowując miłością każdego ze swoich podopiecznych, by potem błyskawicznie to uczucie „ucinać”. Pewnego razu trafia do pięknej włoskiej posiadłości zamieszkiwanej przez wdowca z małoletnim synem, który po śmierci ukochanej matki przestał się odzywać. Zadaniem kobiety jest dotrzeć do chłopca i otworzyć go znowu na świat. Okazuje się jednak, że jego problemy tkwią głębiej niż mogłoby się wydawać, a wszechobecne kamienne mury zdają się skrywać tajemnicę, która uniemożliwia domownikom powrót do „normalnego” życia.

Emilia Clarke zrobiła oszałamiającą karierę wcielając się w rolę nieustraszonej Daenerys z „Gry o tron”. Całkiem nieźle poradziła sobie także, jako Lou Clark w romantycznym dramacie „Zanim się pojawiłeś”. Natomiast jej wersja Sarah Connor z kolejnej odsłony „Terminatora” była moim zdaniem żenująca. Równie kiepsko poradziła sobie w „Głosach ze ściany”. Rola wrażliwej ale pewnej siebie pielęgniarki nie była dla niej oczywiście wyzwaniem, trudności sprawiło jej wykrzesanie z siebie emocji, które miały przekonać widzów, że jest ona naprawdę przerażona, czy też zdeterminowana. Wykrzywiona twarz bohaterki psuła każdą tego typu scenę, przez co trudno było wczuć w sytuację ekranową. Wcielający się w rolę milczącego Jacoba Edward Dring, również nie wiele miał do zagrania. Bardzo dobrze sprawdzili się za to dojrzali aktorzy, czyli Remo Girone oraz Lisa Gastoni, w roli wiernych sług domu. Całkiem przyjemnie patrzyło się także na Martona Csokasa w roli tajemniczego i pogrążonego w żałobie męża.

Obsada może wywoływać ambiwalentne uczucia, za to doskonała muzyka Michaela Wandmachera naprawdę buduje klimat. Równie dobrze patrzy się na scenografię, a wszechobecne kamienie, tworzą specyficzną, chłodną i przenikającą atmosferę. Film jest przyjemny dla oka i ucha (oprócz wspomnianej muzyki, jest to zasługa przeplatania w dialogach języka angielskiego i włoskiego). Jest bardzo subtelny i lekko oniryczny. Próżno szukać w nim szybkiej akcji, czy przerażających i zaskakujących scen. Jest on raczej powolny, a cała atmosfera grozy mieści się raczej w chłodnych relacjach i pełnym elektryzującego napięcia dystansie między bohaterami.

Dochodzimy w końcu do zakończenia, które moim zdaniem jest po prostu przekombinowane i zbyt mocno niedopowiedziane. Rozumiem, że film miał prezentować, dość klasyczną, ghost story, jednak to że twórcy postanowili zachować w tajemnicy w zasadzie wszystko na czym oparli fabułę, jest niewytłumaczalne. W zasadzie widz nie wie co zaprezentowano mu w zakończeniu. Nie chcę go zdradzać, ale wiedzcie, że możliwości może być kilka, każde równie prawdopodobne. Rzadko zdarza mi się szufladkować filmy ze względu na płeć, ale tutaj to zrobię bowiem uważam, że „Głosy ze ściany” są filmem, który trafi głównie do wrażliwych kobiet, które lubią subtelne i lekkie kino, które bardziej obiecuje, że będzie straszyć, niż naprawdę straszy.

Recenzentka: Żaneta „Fuzja” Krawczugo

Głosy ze ściany
Tytuł oryginalny: Voice from the Stone
Kraj: USA (2017)
Reżyseria: Eric D. Howell
Obsada: Emilia Clarke, Caterina Murino, Marton Csokas, Edward Dring
Dystrybutor: Kino Świat
Żaneta
Czyta, ogląda i wącha książki a także pracuje w ich otoczeniu. W szafie trzyma plecak spakowany na wypadek ewentualnej apokalipsy (najlepiej zombie). W wolnych chwilach wychowuje psa i uprawia kuking, czyli zamęcza domowników i internety swoim gotowaniem.

Polecamy także