Komiks

Grass Kings, tom 1

dnia

„Grass Kings” to z pewnością jeden z najładniejszych graficznie komiksów, jakie miałem okazję czytać w roku 2018. A i fabularnie też jest dobrze, choć sama historia nie jest przesadnie odkrywcza. Chyba nawet ważniejsze od niej samej jest to, co scenarzysta obiecuje w dalszych częściach…

„Grass Kings” to historia utrzymana w konwencji współczesnego westernu. Koncept fabularny jest absolutnie wrośnięty w Amerykę i doskonale w nią wpasowany tzn. jest „amerykański na wskroś” i ta „amerykańskość” stanowi jego największy sekret i najsilniejszy atut. Z jednej strony to opowieść obyczajowa z południa Stanów Zjednoczonych, z drugiej przypowieść o rodzinnej tragedii i próbach radzenia sobie z nią, ale to też historia o nadziei wykreowania idyllicznego miejsca do życia – swoistej, odosobnionej enklawy, która usiłuje rządzić się własnymi prawami, niepomna na terytorialną podległość względem USA. Co ciekawe, taki zamysł samodzielnej, mocno autonomicznej, nie tyle prawnie, co mentalnie, osady nie jest przecież zupełnie obcy amerykańskiej kulturze. Rozproszone miasteczka i mieściny niejednokrotnie stają się mikrokosmosami, orbitującymi wokół wspólnego miejsca zamieszkania, starając się pozostać w jak największym stopniu niezależne. Wielki świat i państwowość są gdzieś tam, wokół, ale bardziej jako cienie rzucane na lokalną społeczność, traktowane bardziej jako dalekie echa niż materialne, rzeczywiste element codziennego życia.

Jednak świat zewnętrzny wpycha się brutalnie do „Królestwa Traw”. Wchodzi z butami w sielskie życie jego mieszkańców, kiedy niepisany przywódca enklawy – Robert, średni z trójki braci – przygarnia tajemniczą dziewczynę. Rzecz jasna, będącą w niebezpieczeństwie. Jak to w podobnych historiach bywa, decyzja ta jest brzemienna w skutki, i to takie, które uderzają w całą społeczność „Królestwa”, nie tylko w samego Roberta i jego braci. Co oczywiste, lokalni mieszkańcy stają murem za swoim szefem, co prowadzi do eskalacji konfliktu, ale też finalnie doprowadza do obronienia „Królestwa Traw” przed zagrożeniem z zewnątrz. I żaden to spoiler, bowiem historia w tym zakresie zdaje się od początku mocno przewidywalna. Ale też nie zaskoczenie i końcowy twist jest jej siłą, a sam sposób narracji – senny, nieco leniwy, pełen smutku i rozpaczy, choć też z przebijającą spoza nich iskrą nadziei. A co ważniejsze, poboczny wątek seryjnego mordercy, który pojawia się w historii, jest tylko delikatnie zaakcentowany, co daje przedsmak naprawdę interesującej opowieści, którą będzie nam dane poznać w kolejnych tomach.

Tyler Jenkins – autor komiksowych grafik – stawia na mocno rozmyte szkice i pastelowe kolory, które doskonale oddają atmosferę opowieści snutej przesz Matta Kindta. Ta opowieść ma moc właśnie w spokojnej dynamice narracji, i niezwykle klimatycznie oddanej aurze amerykańskiego Południa, które jest swoistym, niepodrabialnym stanem umysłu. Mimo, iż sama fabuła nie jest zbyt oryginalna, i mocno czujemy, iż to dopiero wprowadzenie do świata „Królestwa Traw”, to naprawdę trudno się nie zachwycać. Gdyby to był hollywoodzki film, byłby moim pewniakiem do Oscara. A jak wspomniałem na wstępie, sama historia obiecuje jeszcze więcej w kontynuacji.

Reasumując, „Grass Kings” to album o niezwykłej sile oddziaływania, który w sennej, sielankowej atmosferze i pozornie niestarannych, mało szczegółowych planszach niesie ze sobą moc zdolną powalić. I ten komiks właśnie powala – swoją atmosferą, mocą przekazu i opowieścią, w której autorzy przemycają smakowite zapowiedzi dalszej historii. Na niewiele kontynuacji czekam tak bardzo jak na kolejny tom „Grass Kings”. Jeśli jeszcze nie znacie tej opowieści to czym prędzej nadrabiajcie zaległości!

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Grass Kings, tom 1
Tytuł oryginalny: Grass Kings, vol. 1
Scenariusz: Matt Kindt
Rysunki: Tyler Jenkins
Tłumaczenie: Grzegorz Drojewski
Wydawca: Non Stop Comics 2018
Liczba stron: 176

Polecamy także