Literatura

Guillermo del Toro, Daniel Kraus – Kształt wody

dnia

Powieściowa wersja „Kształtu wody” powstawała równolegle do filmowej historii pod tym samym tytułem. Nie jest więc ani adaptacją filmu, ani kanwą dla ekranizacji. Oba dzieła są z gruntu niezależne, choć mocno ze sobą związane, nie tylko osobami twórców, ale też – przede wszystkim – ogólnym zarysem fabularnym. Magiczna, romantyczna – i na swój sposób tragiczna – opowieść miłosna w filmie, na kartach powieści staje się czymś dużo szerszym, bardziej złożonym. To wielowątkowy obraz społeczny z silnymi akcentami podkreślającymi obraz moralnej dwuznaczności amerykańskiego społeczeństwa. To zwierciadło, w którym może przejrzeć się Ameryka okresu zimnej wojny, ale ta Ameryka w pewien sposób kuluarowa, odcięta od wielkiej światowej polityki, ale nie całkiem od niej wolna, bo w jakiś sposób z nią związana i od niej zależna. Powieściowy „Kształt wody” to przede wszystkim niezwykła galeria postaci, które okazują się czasem zupełnie inne, niż na filmowym ekranie, a czasem w kinowej produkcji wręcz zmarginalizowane – by w książce zyskać swoje własne, szeroko rozpisane wątki.

Najważniejszą różnicą pomiędzy filmem, a powieścią – a przy takim dziele trudno uniknąć porównań – jest kreacja postaci Stricklanda. Jako główny antagonista w filmie pokazany został mocno zerojedynkowo, jako postać bezwzględna, brutalna, w dużym stopniu samostanowiąca, i wręcz manipulująca swoim wojskowym zwierzchnikiem. Powieść znacząco rozwija tę postać, ukazując ją w szerszej perspektywie, zarówno czasowej, jak i emocjonalnej. Dzięki temu to, co stanowi w filmie obraz jednoznacznego okrucieństwa, w powieści staje się bardziej dwuznaczne i nie tyle zdatne do wybaczenia, czy rozgrzeszenia, co bardziej możliwe do zrozumienia samej jego genezy. Powieściowy Strickland okazuje się być – paradoksalnie – przede wszystkim największą ofiarą. Ofiarą amerykańskiego systemu wojskowego, ofiarą twardogłowego dowódcy, który zmanipulował go, wykorzystał, by ukształtować wojownika idealnego, niepomnego na moralne i społeczne ograniczenia, ale zorientowanego tylko i wyłącznie na realizacji rozkazu. Poznajemy Stricklanda jeszcze przed wyprawą do amazońskiej dżungli, jeszcze przed rozpoczęciem projektu. I choć w książce znajdziemy wiele „filmowych” scen, to uzyskanie dostępu do szerokiej narracji czasu teraźniejszego daje możliwość wglądu nie tylko w myśli, ale i emocje Stricklanda oraz innych bohaterów.

Główny antagonista okazuje się być swoistym rodzajem „potwora”. Bestii stworzonej, ukształtowanej, która w swojej genezie nie ma wcale okrucieństwa, nie ma zła. Ale czyni je, ustanawia narzędziem w imię odgórnych poleceń, w imię odruchowych zachowań, które jej narzucono, dzięki którym ma nadzieję się uwolnić spod kurateli bezwzględnego zwierzchnika. W tym świetle Strickland staje się właśnie bardziej ofiarą generała, niż potworem samym w sobie. Owszem, jest postacią negatywną, a większość jego czynów – jeśli nie wszystkie – zasługuje na całkowite potępienie, ale kiedy spojrzymy na niego z szerszej, powieściowej perspektywy, to okazuje się być swoistym odpowiednikiem „potwora” doktora Frankensteina. Nieodzownie kojarzy mi się także z rysem postaci pułkownika Kurtza z „Czasu Apokalipsy”. Podobny szaleniec, zepchnięty w szaleństwo przez, wymagający od niego okrucieństwa, system, a później go, za te same okrucieństwa, potępiający. Strackland to potwór, z całą pewnością i ani przez chwile nie zamierzam go usprawiedliwiać. Jednak jego tragizm polega właśnie na tym, że potworem go uczyniono, zaszczuwając i spychając w sytuację bez wyjścia.

Elisa – w powieści – także stanowi ważny akcent społeczny. Jej tłumiona seksualność, jej ukrywana ekspresja są jednoznacznym symbolem ucisku kobiet zniewolonych przez patriarchalne środowisko ówczesnej Ameryki.

I takich lewicowych przesłanek jest w powieści całe mnóstwo, jednak najmocniej rzucają się w oczy właśnie te dwie: niepełnosprawna Elisa, która łaknie akceptacji, łaknie dostępu do wszystkiego, całego wachlarza emocjonalnego, który – w jej odczuciu – jest dla niej społecznie blokowany przez niepełnosprawność, czyniącą ją w oczach reszty jednostką gorszą, bo słabszą – oraz kreacja żony Stricklanda, która stanowi wręcz gorzką karykaturę idealnej gospodyni, w głowie której rodzą się i kiełkują pojedyncze myśli o niezależności.

Całość powieści, mimo (a może dzięki) mocnego akcentu lewicowego i ostrej krytyki prawicowego modelu świata społecznego (tym akurat film i książka się nie różnią) stanowi przede wszystkim ciekawą opowieść o społeczeństwie amerykańskim, które uczyło się wyzwalać z okowów własnej pruderyjności i zastanych zasad społecznych. I tu upatruję największej wartości powieściowej wersji „Kształtu wody”. Pomijając całkiem interesujący sztafaż fantastyczny, jaki tej historii towarzyszy, to tak naprawdę – w swoim sednie – solidnie przygotowana powieść społeczno-obyczajowa.

Daniel Kraus doskonale radzi sobie z trudną narracją czasu teraźniejszego, co pozwala nam obserwować bohaterów, jak na kinowym ekranie, jednocześnie mając dostęp do ich myśli i emocji. To zdecydowanie wpływa pozytywnie na odbiór powieściowej historii. Poza tym współautor literackiej wersji „Kształtu wody” to po prostu naprawdę dobry warsztatowo pisarz, potrafiący umiejętnie budować atmosferę i napięcie w opowiadanej historii.

Polecam tę książkę wszystkim, którzy widzieli film, bowiem otrzymają o wiele więcej, niż kino mogło im zaoferować (choć film był naprawdę bardzo dobry). Polecam tym, którzy filmu nie widzieli, bo dobrą literaturę zawsze warto polecać, a poza tym książka nie jest w tym przypadku nieudolnym odcinaniem kuponów od ekranizacji, ale stanowi samodzielne, starannie przygotowane, wielowątkowe dzieło, które okazuje się być dużo szerszą opowieścią, niż zdołał przyswoić kinowy ekran. Doprawdy, przekonajcie się sami, jaka to znakomita powieść.

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Guillermo del Toro, Daniel Kraus – Kształt wody
Tytuł oryginalny: The Shape of Water
Tłumaczenie: Tomasz Biedroń
Wydawca: Zysk i S-ka (2018)
Liczba stron: 434
Mariusz

Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także