Literatura

Jack Ketchum – Zabawa w chowanego

dnia

zabawa w chowanego

patronat

Mam wrażenie, że Jack Ketchum napisał książkę o niczym. „Zabawa w chowanego” to leniwie snująca się opowieść, w której na większości z około stupięćdziesięciu stron niewiele się tak naprawdę dzieje, by w finale eksplodować makabryczną końcówką. Niezbyt udaną, dodam. A więc „Zabawa w chowanego” to książka trochę o niczym. Ale czy nie w tym właśnie tkwi cała jej siła?

To opowieść o grupie zblazowanych nastolatków, których podczas letniej wizyty w małym nadmorskim miasteczku Dead River poznaje główny bohater powieści – Dan. Chłopak nie ma zbyt wielkich ambicji ani też nazbyt świetlanych perspektyw. Tkwi w małomiasteczkowym marazmie i być może dlatego właśnie tak fascynująca zda się mu znajomość z grupką zamożnych studentów, dla których lato to czas zabawy i beztroski? Dołącza do ich eskapad na plażę i do nieustannego poszukiwania wrażeń. Poszukiwania, które niekoniecznie musi skończyć się dobrze….

Ciężko pisać o tej powieści, by nie zdradzać sedna fabuły. Jak wspomniałem na początku to trochę książka o niczym, bowiem lwia część tekstu to letnia beztroska i nuda, a my z każdą kolejną stroną coraz bardziej niecierpliwie czekamy na… coś. Cokolwiek, co się zdarzy – bo przecież musi się zdarzyć, to w końcu to Ketchum! Zwłaszcza, że pierwszoosobowa narracja Dana i jego niejasne z początku wspominanie tragicznych zdarzeń sprzed lat sugerują, że przecież ta historia kryje w sobie mroczną, makabryczną tajemnicę…

Na początku napisałem, że siłą tej powieści jest właśnie jej pozorny marazm, brak pędzącej szaleńczo fabuły. I niewątpliwie tak właśnie jest, dzięki doskonale nakreślonej – typowym, oszczędnym językiem autora – atmosferze leniwych wakacji i pragnienia bohaterów, by przeżyć wreszcie wakacyjną przygodę, dreszczyk emocji. Ich poszukiwanie doznań momentami balansuje na granicy prawa, a czasem wykracza dalej, poza zdrowy rozsądek i zaczyna być naprawdę niebezpieczną grą, w której nie wszyscy widzą granicę w tym samym miejscu. Mocno mi się w tej części „Zabawa w chowanego” kojarzy choćby z „Magicznymi latami” McCammona, czy nowelą „Ciało”, Stephena Kinga. I kiedy w pierwszym, monumentalnym dziele mamy do czynienia z młodszymi dzieciakami i znaczącą dozą fantastyki, a w kingowskiej nowelce z prostą w formie pochwałą ostatnich chwil dzieciństwa przed początkem dorastania, to u Ketchuma jest ta sama oś konstukcyjna fabuły. Zwyczajność, która zaczyna uwierać na tyle, by coraz mocniej pragnąć odmiany, przygody, wyrwania się z nudnego marazmu mijającego nieubłaganie lata. Stąd i tytuł – oznaczający nic innego, jak grę w domu, jaki musi mieć każde małe miasteczko w Stanach – opuszczonej willi ponoć nawiedzonej przez duchy.

To jednak, co ma być z jednej strony niewinną, a z drugiej mocno frywolną, by nie rzec – wyuzdaną – zabawą nastolatków, skończy się tragicznie i zupełnie inaczej, niż ktokolwiek by się spodziewał. I choć preludium finału naprawdę Ketchumowi wyszło (wspomnicie moje słowa, kiedy będziecie czytać o pełznięciu w tunelu) i te fragmenty naprawdę czyta się jak rasowy horror, to jednak sam finał już nie do końca. Zdaje się być zbyt… oczywisty. Na siłę przerysowany i mocno sięgający do pierwszej powieści autora – „Poza sezonem” – co nijak nie współgra mi z senną i leniwą pierwszą częścią książki. Nie zmienia to jednak faktu, że Ketchumowi udało się i tym razem zaserwować interesującą historię, która unikając rozbuchanej akcji pozwala czytelnikowi poddać się błogiemu wspomnieniu lat młodzieńczych, jednocześnie podskórnie dając mu odczuć, że zakończenie tego lata nie będzie tak spokojne i szczęśliwe, jak byśmy się mogli spodziewać.

„Zabawa w chowanego” to w dużej mierze znakomicie napisana powieść obyczajowa o letnich feriach grupki amerykańskich nastolatków, szukających coraz mocniejszych wrażeń. Ale jest to jednocześnie sprawnie napisana groza, w której od pierwszej strony oczekujemy na to, co musi się wydarzyć – coś strasznego, co opowiadający nam całą historię główny bohater sam chce wyprzeć z pamięci. Byśmy w finale książki dostali iście B-klasowy horror, mocno tchnący swoją komiksową naiwnością i nijak nie pasujący do pierwszej części książki, a jednocześnie dający przedsmak tego, do czego autor jest zdolny w swojej prozie i co rozwinął w swoich sztandarowych powieściach.

Ketchum to z jednej strony sprawny rzemieślnik udatnie żonglujący motywami i konwencjami gatunkowymi, a z drugiej całkiem udany gawędziarz, potrafiący tchnąć odpowiedni nastrój w opowiadaną przez siebie historię. A „Zabawa w chowanego” tylko tę tezę potwierdza. I nawet niedostatki zakończenia nie psują ogólnego efektu i poczucia zadowolenia z tej książki. Łączy ona wiele elementów, które przesądzą o sukcesie późniejszych dzieł autora, jak choćby początkowa sielskość dorastania, która przeradza się w koszmar w „Dziewczynie z sąsiedztwa”, czy naturalistyczny horror rozwijany w kanibalistycznej trylogii. I tu – co warto zauważyć – ponownie zło jest wypadkową oderwania od cywilizacji, bezbrzeżnej izolacji jednostek od społeczeństwa. Makabra nie jest wynikiem starannie zaplanowanych działań, chłodnej kalkulacji, czy wypaczonego spojrzenia na świat – jak to miało miejsce np. w „Straconych”. Uosabia raczej dzikość pierwotnych instynktów natury. Co nie rozgrzesza w żaden sposób agresorów, ale jednocześnie w pewnym stopniu ich tłumaczy, wyjaśnia ich działania chęcią przetrwania – najbardziej pierwotnym instynktem.

„Zabawa w chowanego” to trochę takie hurleyowskie „Pustki”, zmieszane w finale z ketchumowym „Poza sezonem”. Książka nieidealna, ale jednak trzymająca poziom. Niejednoznaczna, pokazująca wiele obliczy amerykańskiego pisarza. I – jako jego druga opublikowana powieść – zapowiedź znaczącego talentu, który w pełni ujawnił się później.

5 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Jack Ketchum – Zabawa w chowanego
Tytuł oryginalny: Hide and Seek
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawca: Papierowy Księżyc (2017)
Liczba stron: 225
Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog "Co przeczytać? - subiektywny blog literacki". Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także