Literatura

Jakub Małecki – Dygot

Opublikował

dnia

dygot

„Dygot” to esencja wszystkiego, co u Jakuba Małeckiego najlepsze: mamy tu i odrobinę grozy, i bezpretensjonalnie skrojony romans, i wciągającą wiejską balladę, i nawet ostrożnie odmierzony „kryminał korporacyjny”. A obraz Polski i Polaków wyłaniający się zza tych gatunkowych elementów autentycznie przyprawia o ciarki.

Autor buduje swoją opowieść na przestrzeni ostatnich kilku dekad – rzecz rozpoczyna się tuż przed wybuchem II wojny światowej, a kończy w pierwszych latach XXI wieku. Poznajemy dwie przeciętne polskie rodziny, które w różny sposób radzą sobie z dramatem nabierającej rozpędu wojny, ściągając przy tym na siebie i na przyszłe pokolenia pewnego rodzaju klątwę. W jednej z rodzin rodzi się dziwny, pozbawiony barwy chłopiec – otrzyma imię Wiktor, a mieszkańcy z wioski nieraz będą mieli ochotę upuścić mu krwi, winiąc jego „diabelską” urodę za każdą nawiedzającą wioskę epidemię albo dłuższy okres nieurodzaju. W drugiej rodzinie dochodzi do tragedii: dziewczynka o imieniu Emilia zostaje na zawsze oszpecona podczas wybuchu granatu, co skazuje ją na smutne i samotne dzieciństwo. Po latach Wiktor i Emilia spotkają się na imprezie tanecznej i odkryją, że łączy ich pokrewieństwo dusz. A może tylko fizyczna „inność”, która zrodziła w nich pokłady szczególnej, obcej innym ludziom wrażliwości? Poza tym pozostaje inne, nie mniej ważne pytanie: czy zejście się Wiktoria i Emilii pomoże ściągnąć z obu rodzin domniemaną klątwę?

Tym, co w „Dygocie” imponuje najbardziej jest z pewnością język, jakim go spisano. Małecki z niewiarygodną lekkością klei swoją opowieść z osobliwych fraz i wizji, sprawiając, że czytamy książkę nie tyle po to, by dowiedzieć się kto, z kim, dlaczego i jak, ale po to by smakować każde kolejne zdanie i karmić wyobraźnię drzemiącymi w tych zdaniach obrazami. Przykładowo, romantyczny dialog wygląda u Małeckiego tak:

– Ty byś, Hela, nie chciała za mnie wyjść może? (…)
– Bo ja wiem?
– Jak się nie zgodzisz, to się Felek będzie ze mnie śmiał do końca życia.
– Ano, to trzeba było tak od razu.

Nie brak tu też zabawnych sformułowań, które mogą się kojarzyć w wczesną twórczością Jonathana Carrolla – jak choćby „Najlepszym przyjacielem Bronka Geldy był pies. Wabił się Koń” albo „Obudził się rano i wszystko było jak dawniej, ale nic nie było jak dawniej”. Przydają one ponurej i niejednokrotnie drastycznej historii wystarczająco dużo humoru i lekkości żeby czytelnik nie skulił się w obliczu nawarstwiających się tragedii, ale dzielnie czytał dalej. I wcale nie żartuję z tym „skuleniem”: Małecki potrafi epatować makabrą jak mało kto, zupełnie nie przejmując się czymś takim jak granice dobrego smaku – sądzę, że brutalność niektórych opisów (szczerze mówiąc, chyba nie zawsze uzasadniona) dla najdelikatniejszych czytelników może się okazać podstawową wadą książki. Warto jednak przez te parę scen przebrnąć – nie tylko dlatego, że językowo „Dygot” to powieść nietuzinkowa, ale i po to, aby pod koniec lektury zadać sobie pytanie na ile utożsamiamy się z głównymi bohaterami książki: wiecznie smutnymi, rozjęczanymi, dygoczącymi i wmawiającymi sobie, że los albo Bóg ich z jakiegoś niezrozumiałego powodu ukarał – i to dlatego są jacy są.

5 out of 6 stars

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Jakub Małecki – Dygot
Wydawca: SQN (2015)
Liczba stron: 318

Polecamy także