Literatura

Katarzyna Grzegrzółka – Odium

Opublikował

dnia

Na skrzydełku okładki debiutanckiej powieści Katarzyny Grzegrzółki, „Odium”, znajduje się informacja na temat lekturowych fascynacji autorki, pod wpływem których miał powstać rzeczony utwór. Notka ta stanowi być może klucz interpretacyjny, umożliwiający znalezienie odpowiedzi na pytanie o źródła nie tylko motywacji rozwiązań fabularnych, które odnajdujemy na kartach debiutu pisarki, ale też powody dla których jej powieść wydaje się tak bardzo znajoma. „Odium” to historia składająca się z łatwo rozpoznawalnych klisz, współtworzących rodzimą literaturę sensacyjno-kryminalną; można by nawet rzec, iż jest to wręcz ich katalog (co — paradoksalnie — niekoniecznie musi być zarzutem dezawuującym jakąkolwiek wartość utworu).

Punktem wyjścia fabularnych perypetii jest odnalezienie anonimowych zwłok. Takie rozwiązanie jak najbardziej mieści się w konwencji kryminalnej — tym bardziej, że nie jest to sam początek utworu: w przedakcji jesteśmy świadkami sceny przemocy usytuowanej w niedookreślonym czasie (jest to zresztą kluczowe z perspektywy budowy formalnej utworu, w którym przeszłość i teraźniejszość łączą się ostatecznie w całość). Jednakże sięgnięcie po stereotypy, rozpoznawalne na podstawie lekturowych doświadczeń, to decyzja nacechowana ambiwalentnie. Z jednej strony możliwe jest dzięki temu odwołanie się do czytelniczych doświadczeń choćby po to, aby zaproponować odbiorcy grę w zgadywanie — niczym w klasycznym brytyjskim kryminale — „kto zabił?”. Z drugiej, potrzeba jednak wiele pisarskiej finezji i gruntownego przemyślenia całości opowieści tak, aby nie osunąć się w nieintencjonalną parodię opowieści kryminalnej, co z kolei prowadzi do powstania „złej złej historii” (o tym, jak napisać celowo kiczowatą, a dzięki temu wspaniałą lekturowo powieść — czyli „świetnie złą historię” — mogą przekonać się czytelnicy „Przygody w Warszawie”, 1959, Stefana Kisielewskiego).

Grzegrzółka, decydując się na sięgnięcie po skonwencjonalizowane rozwiązania, musiała być świadoma płynących z nich niebezpieczeństw; w końcu — o czym przecież informuje wydawca — sama jest przede wszystkim czytelniczką, dopiero zaś w dalszej kolejności pisarką. Mimo to po raz kolejny w rodzimej (i nie tylko rodzimej – to jednak kwestia osobna) „opowieści o zbrodni i karze” pojawia się samotny, zgorzkniały protagonista, którego życie emocjonalne ogranicza się do rozpamiętywania porażki, jaką był związek z przygodnie spotkaną kobietą; naiwna ofiara diabolicznej intrygi i manipulator będący sprawcą każdej ze zbrodni (wiadomo bowiem już od początku, że na jednych zwłokach się nie skończy). A przy tym anonimowa przestrzeń akcji, imitująca wielkomiejską aglomerację za pomocą wciąż powtarzanych informacji o utrudnieniach w ruchu ulicznym, nocnych klubach, korporacyjnym stylu życia oraz zauroczeniu bohaterów naturą, pośród której przebywają kiedy tylko zdołają wyrwać się z „asfaltowej dżungli” na Mazury. Nie jest to fabuła nazbyt porywająca — zarówno tempem, jak i oryginalnością zdarzeń (nawet zakończenie jest bardziej spodziewane, niż wybrzmiewające złowieszczo) — choć nie sposób odmówić autorce pewnej umiejętności wydobywania tego co egzotyczne z codzienności. Jednakże te obrazki obyczajowe (choćby życie prywatne kelnerek pracujących w nocnych klubach) giną wśród poprawnej — ale przez to właśnie nijakiej — realizacji wzorca gatunkowego. Sytuacji nie ratują bohaterowie, których językowy sposób bycia jedynie z rzadka udaje się Grzegrzółce zindywidualizować tak, aby dookreślał środowisko, w którym owe postacie funkcjonują. Dlatego też niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z nauczycielkami, milicjantami, pracownikami korporacji czy obsługą nocnych klubów, najczęściej nie potrafimy oprzeć się wrażeniu, że wypowiadają się osoby o tym samym doświadczeniu życiowym w ujednoliconym idiolekcie. Lekturową przyjemność zubaża dodatkowo (jakkolwiek w konfrontacji z pozostałymi usterkami artystycznymi to drobiazg) pomyłka autorki, wynikająca z przeoczenia, bądź nieznajomości szkolnych realiów: skoro jedna z postaci to uczeń klasy czwartej, polonistka nie mogła znać go od pierwszej klasy (s. 264). Zgodnie z systemem oświaty przez pierwsze trzy lata nauczania początkowego w szkole podstawowej uczniowie prowadzeni są odrębnym trybem nauczania (do tego stopnia, że nie obowiązują ich międzylekcyjne przerwy, ani system czterdziestopięciominutowych lekcji) przez jednego nauczyciela, mającego specjalistyczne przygotowanie.

Zarazem jednak — jeśli przymkniemy oko na język postaci i konwencjonalność rozwiązań — możemy potraktować „Odium” jako lekturę w sam raz na zbliżające się upalne popołudnia. Miejmy jednak świadomość, że czas poświęcony opowieści Grzegrzółki to czas lektury „literatury środka” — poprawnej i uładzonej, mimo że starającej się stwarzać pozory opowieści przełamującej społeczne tabu.

3 out of 6 stars

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Katarzyna Grzegrzółka – Odium
Wydawca: Zysk i s-ka (2019)
Ilość stron: 318

Polecamy także