Film

Kiedy gasną światła

Opublikował

dnia

Nie przegapcie tego filmu – to najlepszy horror, jaki w tym roku nawiedził nasze kina.

Co go odróżnia od konkurencji? Trzy rzeczy: naprawdę dobre aktorstwo, wykorzystanie intrygującego monstrum i… zwięzłość. Tak, wiem, że wielu recenzentów ma tę zwięzłość filmowi za złe, ale osobiście znudziły mi się już trochę w horrorach wielopiętrowe finały, często rozbudowywane wbrew jakiejkolwiek logice i od dłuższego czasu tęskniłem właśnie za takim prostym zakończeniem sprawy, na jakie odważył się reżyser „Kiedy gasną światła”, David F. Sandberg.

Bohaterami filmu są: dręczony przez koszmary podstawówkowicz Martin (Gabriel Bateman), jego wycieńczona psychicznie matka, Sophie (Maria Bello), a także twarda i seksowna siostra Martina, Rebecca (Teresa Palmer) oraz jej przesympatyczny chłopaczyna Bret (Alexander DiPersia). Dowiadując się o pogarszającym się stanie brata – który w domu nie jest w stanie zmrużyć oka i dosypia w szkole – Sophie najpierw zabiera go do siebie, a potem postanawia rozmówić się z matką, która najwyraźniej znów odstawiła leki i zaczyna jak kiedyś pogrążać się w depresji. Tylko, że postać nawiedzająca Martina po zmroku – niejaka Diana, będąca mieszanką Freddiego Kruegera (ostre pazurzyska, nocny tryb życia) oraz Sadako (karnacja, postura i niechęć do ujawniania twarzy) – wcale nie wydaje się być wyłącznie wyimaginowanym potworem, który narodził się w głowie chłopca na skutek niedorzecznych i przerażających opowieści, jakimi raczyła go matka; bo przecież gdyby tak było, to Diana nie potrafiłaby wyryć na podłodze swojego imienia, prawda?

Co prawda już od pierwszej sceny – kiedy Diana objawia nam swą naturę, pojawiając się gdy tylko zapada ciemność i znikając kiedy zapalają się światła – czuć, że mamy do czynienia z horrorem ze szkoły Jamesa Wana (twórcy „Piły”, „Naznaczonego” i „Obecności”, a w tym wypadku – jednego z producentów), czyli lubiącym atakować widza szokującymi obrazami i ostrym dźwiękiem, ale szybko okazuje się też, że „Kiedy gasną światła” to jednak coś więcej niż tylko umiejętne odwzorowanie popularnej obecnie formuły. Młodzi aktorzy momentalnie przykuwają naszą uwagę (przerażone oczy małego Batemana od razu każą nam zatroszczyć się o jego postać, Palmer szybko przekonuje nas, że pod jej chłodnym spojrzeniem także kryje się mnóstwo lęków, a DiPersia w nietypowy sposób rozgrywa rolę ceniącego sobie seks młodzieńca), wszystkich przebija jednak wspaniała Maria Bello, która nie pierwszy raz w swojej karierze przedkłada surowość i naturalizm ponad wizerunek „glamour”, tworząc niespokojną, rozedrganą, a przy tym szalenie przekonującą kreację. Natomiast umocowanie lęków bohaterów nie w jakimś wyraźnie fantastycznym źródle, tylko w chorobie psychicznej dodatkowo przydaje filmowi autentyczności („Czy to, że mama jest szalona, oznacza, że my także?” – zapytuje w pewnym momencie swą siostrę przestraszony Martin).

Szkoda, że przy tylu zaletach zdarza się też filmowi Sandberga popadać w gatunkowe schematy, a tym samym – grzeszyć tu i ówdzie przewidywalnością. Weźmy jednak pod uwagę, że „Kiedy zgasną światła” to debiutancki pełnometrażowy film tego reżysera (jest on rozwinięciem niezłego krótkometrażowego dziełka pod tym samym tytułem, które powstało trzy lata temu), a podczas seansu bez trudu można odczuć, że stworzył go ktoś, kto naprawdę czuje kino grozy. Zapamiętajcie więc nazwisko tego pana na przyszłość – i nie przegapcie szansy zobaczenia jego pierwszego filmu w kinie.

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Kiedy gasną światła
Tytuł oryginalny: Lights Out
Kraj: USA (2016)
Reżyseria: David F. Sandberg
Obsada: Teresa Palmer, Gabriel Bateman, Maria Bello, Alexander DiPersia
Dystrybutor: Warner Bros. Polska

zobacz w cc

Polecamy także