Film

Kochanka Szamoty

dnia

„Kochanka Szamoty” – krótkometrażowy, ledwie czterdziestopięcio minutowy, film Adama Uryniaka to świeża tegoroczna produkcja, która ma w sobie potencjał i rodzi nadzieje na renesans polskiego kina grozy. Owszem, nie jest idealnie, a i z opowiadaniem Stefana Grabińskiego – na którego podstawie film powstał – niewiele ma tak na prawdę wspólnego. Jednak nie zmienia to faktu, że oto pojawiło się światełko w tunelu, jeśli chodzi o ten gatunek w polskim kinie. A Uryniak okazuje się – być może – człowiekiem, który nie tylko chce horrory w Polsce kręcić, ale i potrafi robić to dobrze.

„Kochanka Szamoty” powstała, jak wspomniałem, na kanwie opowiadania Stefana Grabińskiego o tym samym tytule. Jednak – po prawdzie – jest to adaptacja bardzo luźna i zawiera wiele odstępstw od oryginalnej fabuły. I chyba to jest największa słabość tego filmu – brak elementu zaskoczenia w finale – które przecież było kulminacyjnym punktem opowieści. A tym samym – niestety – odarcie go w pewnym stopniu z aury tajemniczości i niepokoju. Zbyt wiele jest tu oczywistości, a całość jest nakreślona zbyt otwarcie i bezpośrednio. Brakło mi nieco niedopowiedzenia, brakło znanego z historii Grabińskiego końcowego twistu (świadomie nie wskazuję, o który element chodzi, by nie spojlerować tym, którzy film mają ochotę zobaczyć – przekonacie się sami).

Rozgrzeszam nieco twórców za te błędy, nie powiem.

Rozgrzeszam ograniczoną długością filmu. Tym krótkim, bo przecież czterdziestopięcio minutowym metrażem, który niejako wymusił pewne spłycenia fabularne, pewne uproszczenia samej opowieści. Stwierdzenie pewnych rzeczy od razu, bezpośrednio, bo brak było przestrzeni czasowej na grę z widzem, brak miejsca na zgrabne, ale czasochłonne podchody.

Więc reżyser gra nie tyle fabułą, nie tyle opowieścią, co ogólną atmosferą, klimatem, nastrojowymi wnętrzami i scenografią, doskonale dopasowaną do czasu i miejsca akcji (brawo, Ewa Mroczkowska).

Nie zmienia to faktu, że pomimo tych drobnych potknięć, sam film sensu stricte jest dziełem znakomitym, od strony wizualnej zwłaszcza. Scenografia, muzyka – to wszystko składa się na dopracowany i przemyślany seans, gdzie po mistrzowsku wykorzystano potencjał starego dworu i jego ponurej tajemnicy, by pokazać swoisty romans gotycki, mocno podbarwiony elementami grozy. Te jednak użyte są umiejętnie i stanowią swoiste uzupełnienie opowieści, a nie stanowią celu samego w sobie. I choć może dziwnie to zabrzmieć, to akurat jest bardzo mocnym punktem „Kochanki Szamoty” – jej wielowarstwowość, jej uciekanie od bezpośredniego kwalifikowania jako groza, a bardziej jako balansowanie na krawędzi alkoholowego szaleństwa i onirycznych, erotycznych obcowań z duchem (które przez krótki moment i bohater i widz może traktować, jako pijacki amok) sprawia, że stanowi on znakomity wstęp do odświeżenia konwencji filmu grozy, do nadania jej głębi do wyrwania jej z jarmarcznej, plastikowej otoczki krwawej, przerysowanej jatki bez szerszej perspektywy fabularnej.

Nie mogę uciec od skojarzeń z interesującym (acz również niedoskonałym) „Demonem” Marcina Wrony, który nie tak dawno rodził nadzieję na (ponowne) odkrycie filmowej grozy przez rodzimych twórców. I wydaje się, że Adam Uryniak poszedł z „Kochanką Szamoty” w bardzo podobnym kierunku, wykorzystując archetypiczne, niejako ludowe lęki przed duchami, ale też opowieści sięgające korzeniami do epoki romantyzmu, by opowiedzieć historię mocno uniwersalną, o namiętności, zbrodni, tajemnicy. O winie i karze oraz o zatraceniu. Podobnie jak Wrona w „Demonie”, on też używa sztafażu grozy nie tyle do straszenia, co do snucia szerszej kontekstowo opowieści. I udaje mu się to z dużą dozą powodzenia.W podobnym tonie, ale jednak mocno nieudanie wypada film naszych zachodnich sąsiadów, czeska „Południca”, która też eksploruje przecież taką przaśną, wiejską scenerię i sięga po wątki demonologii ludowej. A nastroju grozy i klimatu, jakim zachwyca „Kochanka Szamoty”, w filmie Sadka praktycznie nie uświadczymy, niestety.

Na brawa zasługuje autor zdjęć Paweł Labe bowiem kilka ujęć było doprawdy znakomitych, a całość poprowadzona została bardzo umiejętnie i nastrojowo. To nie jest zresztą pierwszy przykład wspólnej współpracy reżysera i operatora, bowiem obaj zetknęli się już przy filmie „Zniknięcie” (na podst. opowiadania Olgi Tokarczuk), więc pewna nić porozumienia i warsztatowe zgranie już się u nich nawiązało. Jednak niewątpliwie w „Kochance Szamoty” poradzili sobie lepiej, niż we wspomnianym „Zniknięciu”.

Wydawać by się mogło, że w „Kochance Szamoty” dopasowały się po prostu wszystkie elementy, scenografia, muzyka (kolejne brawa dla Roberta Strobbe za wspaniałe udźwiękowienie filmu), aktorzy i sama opowieść, dając w efekcie przykład kina nastrojowego i wysublimowanego.

Jakby estetyka retro, w porównaniu ze współczesną, broniła się lepiej. Jakby groza w polskim kinie łatwiej osadzała się nie we współczesnych, nazbyt dosłownych realiach, a właśnie w nieco sennej, momentami onirycznej estetyce wiktoriańskiej, transferowanej na polską prowincję.

I może to właśnie nisza, której kino potrzebowało? Może to kierunek, którym mogliby podążać polscy twórcy?

Warto „Kochankę Szamoty” zobaczyć. Jako dzieło nie idealne, ale bardzo dobre. Sprawnie nakręcone, i co najmniej zadowalające (by nie chwalić na wyrost), a jednocześnie jako produkcję, która przywraca wiarę w polską grozę filmową. I choć mocno oscyluje w kinie nastrojowym, niespiesznym, subtelnym, w tonie „Lokisa. Rękopisu profesora Wittembacha” (1970), który chcąc nie chcąc zaczyna nieco trącić myszką, to jawi się jako nadzieja na lepsze w kraju, gdzie filmowa, rodzima groza praktycznie nie istniała. Dotychczas?

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Kochanka Szamoty
Tytuł oryginalny: Kochanka Szamoty
Kraj: Polska (2017)
Reżyseria: Adam Uryniak
Obsada: Marcin Sianko, Tadeusz Łomnicki, Małgorzata Kowalska, Michał Chołka
Dystrybutor: Brak
Mariusz

Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także