Film

Kong: Wyspa Czaszki

Opublikował

dnia

King Kong nie umiera nigdy – a w każdym razie spece z Hollywood regularnie to zasłużone dla kina monstrum reanimują. W dwanaście lat po tym jak za pomocą całej masy cyfrowych efektów wskrzesił King Konga Peter Jackson, gigantyczny małpiszon ponownie wraca do życia, tym razem za sprawą mniej doświadczonego reżysera, parającego się dotąd głównie produkcjami telewizyjnymi Jordana Vogt-Robertsa. Efekt jest jednak zaskakująco dobry.

Podczas gdy Jackson postanowił odświeżyć postać King Konga wyłącznie za sprawą ultranowoczesnych technik animacji, opowiadając przy tym bardzo tradycyjną hollywoodzką historię, jego młodszy kolega postanowił sobie trochę bardziej poszaleć: jego Kong nie tylko oszałamia nas wizualnie, ale do tego zamieszkuje w znacznie bardziej złożonej rzeczywistości, odwołującej się nie tylko do klasycznych amerykańskich monster movies, ale także do kina wojennego z „Czasem Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli i „Piekłem na Pacyfiku” Johna Boormana na czele oraz do mrocznej literatury podróżniczej w duchu „Jądra ciemności” Josepha Conrada. To przecież nie przypadek, że przewodnik zatrudniony do odnalezienia nieoznaczonej na mapach Wyspy Czaszki nosi nazwisko Conrad (w tej roli ładnie opalony i wdzięcznie wypinający klatę Tom Hiddleston), zaś ukrywający się na wyspie amerykański weteran Marlow (John C. Reilly) łączy w sobie cechy narratora i czarnego charakteru z najsłynniejszego dzieła pisarza. Biografia Conrada i fabuła „Jądra ciemności” stanowią jednak tylko luźną ramę, w którą wpakowano również wojskowego-psychopatę (Samuel L. Jackson), który przybywając na wyspę pragnie przede wszystkim potraktować ją napalmem; naukowca-fanatyka (John Goodman), który gotów jest poświęcić życie, aby dowieść światu, że jego podejrzenia mają pokrycie w rzeczywistości; no i oczywiście atrakcyjną damę (Brie Larson), której pojawienie się na Wyspie Czaszek rozbudza w samotnym Kongu dawno zapomniane instynkty…

I choć czuć, że ambitne zadanie połączenia tylu źródeł w jedną spójną opowieść trochę reżysera i team jego scenarzystów przerosło – bo z biegiem czasu za wszystkimi tymi fabularnymi odnośnikami i popisami pirotechnicznymi (trzeba przyznać – naprawdę znakomitymi) coraz trudniej znaleźć przekonujące postaci – to jednak ogląda się „Konga” z niesłabnącą przyjemnością, a do pewnego momentu można nawet mieć nawet nadzieję, że pojedyncze iskry geniuszu doprowadzą w końcu do jakiegoś niesamowitego, olśniewającego wybuchu, który uczyni film Vogt-Robertsa najlepszym remakiem legendarnego dzieła z 1933 roku. Tak się co prawda nie dzieje, ale te najwspanialsze sceny – jak pierwsze wyłonienie się potwora z mroku albo walka Conrada z chmarą wściekłych, potwornych ptaszysk – to coś, o czym pamięta się długo po wyjściu z kina.

Świetnym pomysłem było zapełnienie wyspy masą przeróżnych monstrów: elektryzuje w zasadzie każdy fragment filmu, w którym podróżnicy ścierają się z jakimś wymyślnym ludożercą – pająkiem-gigantem, krwiożerczym patyczakiem (!), szpetnym „czaszkozaurem”, wspominanymi ptaszyskami czy samym Kongiem. Brakuje jednak czasu na nabranie oddechu i nacieszenie się egzotyką nieznanej wyspy. Nie wiem jak tam amerykańscy widzowie, którzy wyłożyli w weekend otwarcia „Konga” największą kasę, ale ja nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pomiędzy kolejnymi starciami ludzi i potworów kamera pokręciła się trochę dłużej po skrywającej tysiące niebezpieczeństw okolicy. Szkoda też, że przebywający od wielu lat na wyspie weteran wojenny w wykonaniu Reilly’ego jest raczej pocieszny niż na wzór conradowskiego Kurtza mroczny i nieobliczalny (dopowiadający jego losy epizod rozgrywający się podczas napisów końcowych to już całkowita pomyłka!), a jedynej damie spośród głównych bohaterów, w którą wciela się Larson nie tylko nie dano praktycznie nic sensownego do roboty, ale też nie pozwolono jej konkurować z cudownymi king-kongowskimi poprzedniczkami – Fay Wray, Jessiką Lange i Naomi Watts – pod względem sex appealu, odziewając ją w ciuchy eksploratora, które nawet Wojciech Cejrowski uznałby za zbyt mało seksowne. Całe szczęście, że są tu więc jeszcze tryskający charyzmą Hiddleston, Goodman i – przede wszystkim – Jackson; scena, w której ten ostatni z błyskiem szaleństwa w oku przygląda się jak Kong rozszarpuje wojskowe helikoptery z jego żołnierzami to moment, w którym po raz pierwszy dociera do nas, że nie będziemy mieli do czynienia z kolejnym marnym, pozbawionym charakteru blockbusterem.

Choć więc nie wszystko się twórcom „Konga” udało i tak jest to w znacznej mierze dzieło oryginalne i ekscytujące. Jeśli macie ochotę na egzotyczną przygodę w oparach napalmu – śpieszcie do kin!

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Kong: Wyspa Czaszki
Tytuł oryginalny: Kong: Skull Island
Kraj: USA, Wietnam (2017)
Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts
Obsada: Tom Hiddleston, Brie Larson, Samuel L. Jackson, John C. Reilly
Dystrybutor: Warner Bros. Polska

zobacz w cc

Polecamy także