Literatura

Krzysztof Bernaś – Apokryf Juliana

Opublikował

dnia

Gdyby na serio brać zachęty, umieszczone na czwartej stronie okładki „Apokryfu Juliana” Krzysztofa Bernasia, należałoby przyjąć, że mamy niespotykaną często okazję przeczytać powieść, która zrewolucjonizuje nasz ogląd rzeczywistości; utwór, dzięki któremu doznamy iluminacji.

Już sama hurraoptymistyczna tonacja blurba nakazuje ostrożność, uruchamiając sceptycyzm (podobnie zresztą jak okładka, nie podporządkowana żadnej spójnej artystycznie koncepcji). Jak się okazuje — nie bezpodstawnie. Opowieść Bernasia to zbiór nie powiązanych z sobą logicznie scen, które łączy jedynie przemożne pragnienie skandalizowania. Owszem, niby istnieje nadrzędna linia fabularna, jest ona jednakże na tyle nikła, że można jedynie domyślać się powodów, dla których rozważania o okolicy pośladkowej (łac. regio glutea) i jej wpływie na rozwój kultury ludzkiej mają prowadzić do kontaktu z kosmiczną cywilizacją. A w taki sposób rozpoczyna się opowieść o metafizyczno-erotyczno-kosmicznych perypetiach tytułowego protagonisty. Paradoksalnie, są one ujęte w skonwencjonalizowaną, a znaną jeszcze z XIX-wiecznej literatury (najczęściej niezbyt wysokich lotów) formułę „rękopisu znalezionego w…”; chwyt ten oczywiście nie przesądza o wartości utworu, o czym świadczy, że sięgnął po niego zarówno Jerzy Żuławski w „Na srebrnym globie” (1903), jak i Stanisław Lem w „Pamiętniku znalezionym w wannie” (1961). Jednakże owych — tak przecież różnych twórców — łączy reinterpretacja wykorzystywanego chwytu formalnego, a trudno za świadectwo problematyzacji uznać, iż w powieści Bernasia przypadkowo odnalezione zapiski zostały — zgodnie z duchem czasów — zdigitalizowane.

Nie mniej znaczące dla odczytania utworu powinno być wykorzystanie w tytule pojęcia apokryfu. Jest to termin kulturowo nieobojętny, tymczasem nie można oprzeć się wrażeniu, że Bernaś sięga po niego w sposób bezrefleksyjny; trudno przecież uznać za przejaw artystycznego namysłu epatowanie dość mało wyrafinowanymi żartami, bądź przywołaniami znaczących „skrzydlatych słów” (s. 117), bądź kulturowych skojarzeń (s. 17).

Owszem, można traktować „Apokryf Juliana” jako parodię, w której akcja podporządkowana została retorycznemu zabiegowi reductio ad absurdum. Tyle że nic z takiego odczytania nie wynika ani dla odbiorcy, ani dla sytuacji komunikacyjnej, w której się on znajduje. Chyba że przyjąć, iż wielkie dzieła są wielkie przez swą niezrozumiałość, a pisanie dla elit wymaga nieliczenia się z odbiorcą, postawionym wobec alternatywy: albo przyjmie na wiarę, że powieść Bernasia „wielką literaturą jest”, albo uzna, że nie dorósł do koncepcji tak awangardowej literatury. Jednakże praktyka lekturowa temu przeczy, o czym przekonuje się każdy, komu światowa klasyka literatury nie jest obca w stopniu choćby elementarnym. Co więcej, świadomość losów „nowej prozy”, charakterystycznej dla lat siedemdziesiątych XX wieku a promowanej ówcześnie przez Henryka Berezę, nakazuje ostrożność w traktowaniu „Apokryfu Juliana” jako objawienia literackiego.

Z niezrozumiałych powodów na s. 283 umieszczono notkę reklamującą filozoficzne artykuły twórcy „Apokryfu…”. Trudno zrozumieć dlaczego zdecydowano się na taki gest, bowiem ich tematyka jedynie w sposób swobodny (o ile w ogóle) łączy się z treścią powieści.

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Krzysztof Bernaś – Apokryf Juliana
Wydawca: Wydawnictwo Magnus 2017
Ilość stron: 283
Adam Mazurkiewicz

Z powołania i zamiłowania krytyczny czytelnik fantastyki i kryminału we wszystkich odcieniach. W chwilach, gdy nie czyta gotuje. Z zasady nie bierze udziału w życiu mediów społecznościowych, a mimo to nie czuje się wyalienowany.

Polecamy także