Film

Kształt wody

dnia

Zgarnąwszy cztery statuetki (w tym, w najważniejszych kategoriach – dla „najlepszego reżysera” i za „najlepszy film”) „Kształt wody” okazuje się być największym tegorocznym wygranym w oscarowym wyścigu. I choć sam oceniam najnowszą produkcję Del Toro wysoko, to jednak nie na takim poziomie, jak jury Akademii Filmowej. Moim zdaniem „Kształt wody” to znakomita wizualnie baśń dla dorosłych, która jednak nie zdołała sięgnąć tkwiącej w niej głębi i wiele wątków tylko delikatnie zaakcentowała, skupiając się na głównej osi fabuły, czyli niemożliwej, ale mimo to spełniającej się historii miłosnej. Z jednej strony szkoda, bo film naprawdę miał ambicje na szeroki komentarz społeczny okresu zimnej wojny w USA (jak doskonale robi to powieść duetu Del Toro/ Kraus pod tym samym tytułem), jednak tak naprawdę nie zdołał udźwignąć ciężaru wspomnianego tematu, i tylko delikatnie, i bardzo pobieżnie się o niego ociera.

Mamy tu, ukazany w tle, obraz patriarchalnej rodziny amerykańskiej, która w filmie wypada karykaturalnie. Żona jest wzorem domowej gospodyni i nie może mieć ambicji na bycie kimkolwiek więcej. Panem domu jest pracujący mąż i to on decyduje… o wszystkim. Równouprawnienie jest fanaberią, na którą krytycznie zdaje się spoglądać nawet jego żona – wykreowana na postać rodem z reklam telewizyjnym tamtego okresu. A czarnoskórzy nadal nie są mile widziani w wielu publicznych miejscach w Ameryce i nadal traktowani są jak „druga kategoria”. Sam główny antagonista – Richard Strickland, jest zadufanym wojskowym, zapatrzonym w siebie i w swoją, kuriozalnie postrzeganą, misję. Stanowi doskonały przykład człowieka prawicowego, twardogłowego, widzianego oczami lewicowca. Tezę o lewicowym podbarwieniu filmu Del Toro podkreślają zresztą inne postacie, jak najlepszy przyjaciel Elisy – homoseksualista Giles czy dr. Hoffstetler, który zamiłowanie do nauki stawia wyżej, niż patriotyzm (a wszak jest szpiegiem obcego mocarstwa) i będąc pozornie negatywną postacią ma o wiele więcej empatii, niż większość rodowitych, bogobojnych Amerykanów w filmie.

Jednak wszystkie te elementy potraktowane są trochę po macoszemu i uwypuklane tylko w momentach niezbędnych do popchnięcia naprzód głównej osi fabularnej – miłości bohaterki do humanoidalnego stworzenia, schwytanego gdzieś w ostępach Ameryki Południowej. W rzeczywistości, co sprawiedliwie trzeba „Kształtowi wody” oddać, nie jest to produkcja w stylu prostodusznych komedyjek romantycznych. Stanowi natomiast pozornie niemożliwy do udźwignięcia tygiel konwencji i mimo że operuje w wielu miejscach ogranymi do cna motywami, to właśnie zmieszanie ich ze sobą stanowi o sukcesie produkcji.

Jak wspomniałem, fabuła jest prosta, a reżyser przemyca wiele lewicowych odniesień w stosunku do obrazu lat 60-tych w Ameryce, ale to akurat niekoniecznie w filmie przeszkadza. Doskonała scenografia (tu z całą pewnością zasłużona statuetka dla zespołu: Melvin, Austerberry, Vieau) oraz naprawdę dobra gra aktorska sprawia, że film ogląda się dobrze. Del Toro już w „Labiryncie Fauna”, czy wcześniejszym „Kręgosłupie diabła” pokazał, że nie boi się zestawiać baśniowej konwencji z klimatycznie nakreśloną grozą oraz brutalnym realizmem i okrucieństwem. Tutaj idzie o krok dalej, dorzucając trochę seksu i musicalowej kreacji, co daje zaskakująco dobry efekt finalny. Tak, to nadal opowieść o miłości, jednak nie w klasycznym, hollywoodzkim ujęciu, bo doprawiona także otwartym łaknieniem miłości fizycznej, oraz osadzona w konwencji monster movies zmieszanej z thrillerem szpiegowskim.

„Kształt wody” nie jest, w moim odczuciu, filmem oscarowym w aż takim stopniu, jak uznała Akademia, jednak – powtórzę – to nadal znakomite kino, świetnego rzemieślnika, jakim jest Del Toro. I warto zobaczyć kolejne, w jego dorobku, dzieło, udowadniające, że żadna konwencja tak do końca się nie starzeje, jeśli tylko ktoś umiejętnie ją wykorzysta lub zmiesza z innymi.

Na brawa za grę aktorską zasługują nie tylko Sally Hawkins – odtwórczyni głównej roli, ale też grająca jej przyjaciółkę Zeldę, Octavia Spencer i, powoli przyzwyczajający nas do ról czarnych charakterów, Michael Shannon.

Nadal, w zestawieniu z powieścią, to właśnie książka stanowi dla mnie przykład pełnego wykorzystania potencjału drzemiącego w wykreowanej historii, jednak jako film, „Kształt wody” radzi sobie naprawdę dobrze i okazuje się być jednym z ciekawszych dzieł, jakie zawitało w ostatnim czasie na nasze ekrany.

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Kształt wody
Tytuł oryginalny: The Shape of Water
Kraj: USA (2018)
Reżyseria: Guillermo Del Toro
Obsada: Sally Hawkins, Michael Shannon, Octavia Spencer, Richard Jenkins
Dystrybutor: Imperial Cinepix

zobacz w cc

Mariusz

Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także