Literatura

Licho nie śpi

Opublikował

dnia

„Licho nie śpi” to kolejna — po „Krwi zapomnianych bogów” (2016) i „Słowiańskich koszmarach” (2017) — antologia tematyczna, adresowana przede wszystkim do miłośników rodzimej demonologii. Jest to zarazem kolejna publikacja sygnowana przez dość młodą (ale prężnie działającą) rodzimą oficynę Horror Masakra oraz — co istotniejsze — współcześnie jedna z niewielu okazji do zaprezentowania prozy młodego pokolenia. W sytuacji, gdy coraz mniej jest drukowanych periodyków, na łamach których mogliby oni zadebiutować, zaś czytelnicza giełda stawia na twórczość pisarzy znanych i uznanych (co jest całkowicie naturalne w realiach wolnorynkowych), debiutantom pozostaje jedynie funkcjonowanie w sieci bądź okazje takie, jak wieloautorskie zbiory opowiadań. Owszem, istnieją wydawnictwa niejako „wyspecjalizowane” w promocji nowych nazwisk; wystarczy wspomnieć serię „City” Formy i zorganizowany w jej ramach konkurs literacki. Wciąż jednak jest ich — biorąc pod uwagę potencjalne możliwości początkujących twórców — zbyt mało.

Dlatego też „Licho nie śpi” to nie tylko kolejna odsłona artystycznych wariacji na temat wiary Prasłowian (choć i w takiej roli sprawdza się znakomicie), ale też możliwość zaprezentowania pisarzy o niezbyt dużym dorobku literackim. Oczywiście w spisie treści możemy odnaleźć twórców mniej i bardziej rozpoznawalnych; takich, którzy pojawiają się na kartach antologii, łamach pism internetowych, a nawet mają już za sobą powieściowe debiuty, jak również osobne autorskie tomy krótkich form prozatorskich. Tym, co ich łączy, pozostaje nie tylko — co oczywiste — nadrzędna idea scalająca antologię. Równie ważne jest traktowanie przez pisarzy fantastyki jako języka wypowiedzi na tematy pozaartystyczne, które pozostają w centrum zainteresowania socjologów i psychologów społecznych, a niekiedy też religioznawców; odczytywana w zaproponowany tu sposób „Rola przeznaczenia” Piotra Bareja (zwłaszcza wątki rozgrywające się obecnie) to, być może, jedna z odpowiedzi na pytanie o status dzisiejszego rodzimowierstwa; z kolei dawne realia w utworze Karoliny Mangusty Kaczkowskiej „Pod drzewem Welesa” nie powinny nikogo zmylić — to jak najbardziej współczesna przypowieść o żądzy posiadania, która nabiera aktualnego wydźwięku w realiach społeczeństwa konsumpcyjnego i powszechnie obserwowanego „wyścigu szczurów”.

Pośród nazwisk autorów zbioru nie ma osób przypadkowych tak, jak nie ma opowieści, które nie zasługiwałyby na chwilę refleksji po lekturze. Jednakże nawet w tak doborowym towarzystwie pojawili się twórcy zasługujący na osobną uwagę. Należy do nich bez wątpienia Piotr Ferens, którego dobra passa jako twórcy niekonwencjonalnych opowieści grozy trwa od dłuższego czasu, toteż być może powinniśmy spodziewać się niedługo autorskiego zbioru historii niesamowitych (tym bardziej, że ma on już na koncie powieściowy debiut – „Na krańcach luster”, 2014)? Nie mniej ciekawą propozycją jest „Stacja” Mariusza Wojteczka, ukazująca codzienność wyobcowanych bytów, dla których nie ma miejsca we współczesności; przed laty kwestię tę — jakkolwiek w dalece lżejszy sposób poruszał Michał Studniarek w „Herbacie z kwiatem paproci” (2004). W napisanej półtora dekady później opowieści Wojteczka nie ma już jednakże miejsca na nadzieję — pozostało trwanie; przywiązanie do egzystencji takiej, jaka jest, bez wiary, że może się zmienić. Być może dlatego akcja utworu rozgrywa się w scenerii zimowego bezruchu, a celem dla protagonistów pozostaje dożyć wiosny.

Swoistym wprowadzeniem do antologii, ale też i jej podsumowaniem są wiersze Wojciecha Mytnika. I tu pojawia się problem interpretacyjny. W jaki sposób je odczytywać? Pierwszy z nich, „Licho”, doskonale koresponduje zarówno z wymową wstępu pióra Kamila Gołdowskiego, jak i wymową wielu z opowieści. Również „Grozę” można byłoby odczytywać jako nostalgiczny obraz świata bezpowrotnie odchodzącego w niepamięć, z której nie zdołają wydobyć go nawet tak udane artystycznie projekty, jak „Licho nie śpi” i inne, wzmiankowane tu, antologie. Jak jednakże traktować pozostałe wiersze? Liryczne interludia? Poetyckie fantazje, ukazujące możliwości tkwiące w tej formie wypowiedzi literackiej? I nie jest problemem ich walor artystyczny (ten bowiem pozostaje bezsprzeczny), lecz sposób w jaki rozbijają całość koncepcji zbioru. Być może, gdyby stanowiły osobną całość, lub funkcjonowały jedynie w charakterze komentarza do całości tomu, jako jego klamra, ich obecność byłaby uzasadniona. Jednakże w obecnej postaci ich (nad)obecność trzeba uznać za niezbyt przemyślaną. Opcjonalnie, można byłoby pokusić się o dołączenie ich (wraz innymi, które umieszczone są na stronie: http://wojciechswietobormytnik.blogspot.com) jako poetycki aneks, być może wówczas nie budziłyby takiego niedosytu.

I kolejna kwestia: wstęp pióra Gołdowskiego sprawdza się wprawdzie jako wprowadzenie w temat antologii, lecz już co bardziej zorientowani w temacie czytelnicy mogą uznać go za powierzchowny. Z niezrozumiałych powodów, autor wielką literą zapisał nazwy demonicznych istot, zaś w omówieniu procesu chrystianizacji niegdysiejszych bytów nadprzyrodzonych zabrakło ukazania, w jaki sposób przedchrześcijański opiekun lasu — boruta — stał się diabłem Borutą. Owszem, autor niewątpliwie ma rację wskazując na rolę, jaka odgrywa monografia Leonarda Pełki „Polska demonologia ludowa” z 1987 roku, jednakże do dziś warte przemyślenia są również ustalenia Kazimierza Moszyńskiego zawarte w „Kulturze ludowej Słowian” (1929-1939, zwłaszcza części 1 i 2 tomu 2), a tym bardziej praca Barbary i Adama Podgórskich „Wielka Księga Demonów Polskich” (2005), będąca kompilacją leksykonu i antologii. Być może warto byłoby też przypomnieć tom studiów Bohdana Baranowskiego „W kręgu demonów i wilkołaków” (1981). Z kolei najbardziej znana „Mitologia słowiańska i polska” Aleksandra Brucknera (1918) wprowadza więcej zamętu, niż pozwala na usystematyzowanie wiedzy, toteż należałoby przestrzec przed nią (tu krótka dygresja: być może, gdyby nie okoliczności historyczne, rolę popularnego wprowadzenia w duchowy świat Słowian pełniłoby nie dzieło Brucknera, lecz poemat hrabiego Wojciecha Dzieduszyckiego „Baśń nad baśniami”, 1889).

Niemniej, mimo wskazanych tu niedociągnięć, warto poświęcić antologii uwagę. Jest ona świadectwem nie tylko — na co wskazywał Gołdowski — potencjału artystycznego, tkwiącego w wierzeniach prasłowiańskich, a przede wszystkim jest to porządny tom dobrych literacko i koncepcyjnie opowieści.

6 out of 6 stars

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Licho nie śpi
Wydawca: Wydawnictwo Horror Masakra (2018)
Ilość stron: 383

Polecamy także