Film

Logan

dnia

Nareszcie doczekaliśmy się filmu superbohaterskiego na miarę postaci, o której opowiada. Wolverine był drapieżnikiem, dziką bestią zamkniętą w ciele człowieka. A w swojej wizji reżyser James Mangold umiejętnie pokazał zarówno oblicze zwierzęce, jak i ludzkie. I nieprzypadkowo jest to film w kategorii R.

Będąc fanem komiksów jednocześnie nie jestem miłośnikiem kina superbohaterskiego. Jakoś nie mam przekonania do lekkich, kolorowych opowiastek filmowych, jakimi raczyli nas twórcy z wytwórni Marvela. Jedynie przerysowany komizmem „Deadpool” i „Strażnicy Galaktyki”, z gruntu pomyśleni jako komedia SF sprawdzają się na tym polu, bo głęboko wchodzą w konwencję gatunku. Pozostałe zdają się miotać pomiędzy akcją, a humorem, nie wiedząc, w którym iść kierunku, a marketingowo chcąc trafić do najszerszego grona (także wiekowego) widzów. „Logan” jest inny. To nakręcona z rozmachem, gorzka, postapokaliptyczna wizja schyłku jednej z najciekawszych, a zarazem najbardziej dwuznacznych postaci Marvela. Z jednej strony słusznie postrzegana jako film w konwencji westernu, z fasadową estetyka superbohaterskiego postapo, ale też po części opowieść drogi, w której celem jest poszukiwanie bliżej nieokreślonego, trochę wyimaginowanego „lepszego jutra”. Jak zawsze zresztą w takich historiach.

Wolverine nie jest już Wolverinem. Oglądamy go jako staruszka Logana, zdeptanego, sponiewieranego życiem i marzącego już tylko o ucieczce od cywilizacji. Logan jest jednym z nielicznych mutantów, jacy pozostali. Ukrywa się, jednocześnie opiekując coraz bardziej stetryczałym profesorem Xavierem, który przestaje panować nad swoimi mocami… Pomaga mu Caliban, mutant o powierzchowności wampira, któremu szkodzą promienie słoneczne… Jednak Logan nie byłby sobą, gdyby przeszłość się o niego nie upomniała. Tym razem jako nie tyle echo przeszłości, co nadzieja na nowe jutro dla mutantów. Tajemnicza mała dziewczynka, która okazuje się być wyhodowaną z DNA Wolverine’a jego „córką” wyrywa naszego bohatera z marazmu, bowiem przyjdzie mu się zmierzyć z zagrożeniem ze strony gromady bardzo groźnych panów, którzy zainteresowani są dziewczynka jako potencjalną bronią. A kiedy zarówno jej, jak i Loganowi wysuną się szpony… Cóż, dowiadujemy się szybko, skąd kategoria R w tym filmie.

Fabuła niby jest prosta, finału w pewnym stopniu możemy się spodziewać, bo na zaskoczenia miejsca tu nie ma. Reżyser prowadzi swoją historię gładko, jak po amerykańskiej prerii, od punktu A do punktu B, nie wysilając się zbytnio na wymyślanie szalonych zwrotów akcji, ale też i nie o nie tu chodzi. Rzecz raczej w opowieści o poszukiwaniu swojego miejsca, o poczuciu celu, który z jednej strony wypierany, w pewnym momencie staje się tym, dla którego poświęcimy wszystko.
Logan jawi się tu jako postać z westernu. Sterany życiem, uciekający od świata i odpowiedzialności, ale jednak szlachetny, jednak zdolny – czasem i może sobie na przekór, do altruizmu. Poza tym, kiedy czuje się zagrożony, tym łatwiej mu uwolnić ukrytą we wnętrzu bestię i dać upust swojej złości. Krwawy upust, zaznaczmy.

Nareszcie doczekaliśmy się filmu mocnego, krwawego, brutalnego. Nie kolejnej kolorowej opowiastki o trykociarzach. Udało się to, co nie do końca udało się w „Suicide Squad”. Tam otrzymaliśmy teledysk, tutaj ponure kino akcji o tym, że czasem nie jest za późno, by zrobić w życiu coś dobrego. A że koniec musi być ponury… Cóż, życie zazwyczaj nie kończy się happy endem. Wizualnie urzekają mnie zniszczone, postapokaliptyczne premiery i dzikie ostępy amerykańskich pustkowi. Walki są efektowne i choć momentami denerwujące robią się zbyt częste zbliżenia i za mało tym samym szerszej perspektywy pojedynków, to mimo tego robią odpowiednie wrażenie ukazaniem dosłowności furii Wolverine’a. Fragmenty ciał fruwają po ekranie – i to stwierdzenie nie jest przesadą. Aktorsko na pochwałę zasługuje przede wszystkim mała odtwórczyni Laury – Dafne Keen, która w znakomity sposób poradziła sobie z trudną rolą. Hugh Jackman wreszcie pokazał Wolverine’a, jakiego chciałem od pierwszego filmu z tą postacią zobaczyć, a Patrick Stewart… jest po prostu Charlesem Xavierem. Jak zwykle.

„Logan” to znakomite kino akcji które wyznacza nową jakość w filmach superbohaterskich. A reżyser udowadnia, że po mdłym „Wolverine” potrafi w „Loganie” pokazać to, na co widzowie czekają – autorskie, poważne i krwawe kino dla dorosłych, a nie lekką łatwą i przyjemną opowiastkę filmową dla wszystkich. I to największy atut tego filmu.

Na „Logana” zdecydowanie warto się wybrać.

6 Stars

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Logan
Tytuł oryginalny: Logan. Wolverine
Kraj: USA (2017)
Reżyseria: James Mangold
Obsada: Hugh Jackman, Dafne Keen, Patrick Stewart, Stephen Merchant
Dystrybutor: Imperial CinePix

zobacz w cc

Mariusz
Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także