Literatura

Łukasz Orbitowski – Szczęśliwa ziemia

Opublikował

dnia

ziemia_okladka_1500px

Jeśli zapytać kogoś o grozę, to w odpowiedzi niemal zawsze pada nazwisko Stephena Kinga, niezależnie od tego, o co nam w pytaniu o tę całą grozę chodziło. Jeśli dookreślimy, że chodzi nam o grozę polską – nie sposób nie wspomnieć o Łukaszu Orbitowskim, który notabene nosi przydomek właśnie „polskiego Stephena Kinga”, tuż obok Stefana Dardy i Jakuba Żulczyka. Omawiać jego dorobku nie ma sensu, bo każdy mniej więcej orientuje się z czym Orbitowski do tej pory wychodził do czytelników. A było tego sporo, od typowej grozy miejskiej w „Tracę ciepło” czy „Świętym Wrocławiu” (przez Jacka Dukaja tę część twórczości nazwać można już „wczesnym Orbitowskim”), przez bajki (o kotach) dla dzieci, po romans z historią Polski (rozpoczęty z przytupem przez „Popiela Armeńczyka”, a potwierdzony oficjalnie „Widmami”). Teraz po roku milczenia, autor wraca z nową powieścią. Pierwotnie tytuł miał brzmieć inaczej – „Krótkie życie kpiarzy i szyderców”, ale jak Autor sam mówi, ani z bohaterów kpiarze, ani ich życia jakoś specjalnie krótkie. Stanęło na „Szczęśliwej ziemi” – czyżby Orbitowski porzucił pesymistyczne klimaty, do jakich nas przyzwyczaił, czy po prostu po raz kolejny więcej w tym ironii niż prawdy?

Akcja zawiązuje się w Rykusmyku, małej miejscowości gdzieś w sercu Polski, którą czytelnicy mogą już znać i kojarzyć (patrz „Skóry” w antologii „Pożądanie”). Pośród ulic typowego miasteczka poznajemy bohaterów, nastoletnich chłopaków o przedziwnych pseudonimach, takich, co to chcą uszczknąć z życia najwięcej, ile wlezie, zanim przyjdzie dorosłe życie i pewne drogi zamkną się już na zawsze. Ostatniego dnia lata chłopcy próbują zmierzyć się z legendą – starym zamkiem, jaki w Rykusmyku straszy od lat i od lat kusi wszystkie dzieciaki. Jest taka zabawa – kto wejdzie najgłębiej w trzewia zamku, pokonując swój strach, ten wygrywa. A co wygrywa? Spełnienie marzeń, a jak zaznacza wydawca na okładce – płatne przy odbiorze.

Wracamy do tych samych bohaterów po latach, Blekota stał się Bartkiem, DJ Krzywda Karolem – i tak dalej, bo z głupich przydomków już się przecież wyrasta. Ale z długów zaciągniętych tej parnej, letniej nocy już nie. Trzeba przyjąć to, co się wtedy wytańczyło.

Orbitowski potrafi zagrać na najczulszej strunie. Zajmuje się tematem ważnym dla konkretnego pokolenia trzydziestolatków, którzy nagle nie wiedzą, co robić ze swoim życiem. „Szczęśliwą ziemię” można odczytywać na wiele sposobów – patrzeć na nią, jak na grozę, fantastykę lub obyczaj. I chyba właśnie jako proza obyczajowa, broni się najlepiej. Co oczywiście nie umniejsza wartości samej książki – to jedna z jaśniejszych rzeczy, jakie pojawiły się w tym roku na rynku wydawniczym. Na korzyść Orbitowskiego przemawia język, którego jakość staje się powoli jego znakiem rozpoznawczym. Nie ustępuje temu także sama fabuła – Orbitowski ma dar opowiadania i robi to jak nikt inny.

Wbrew pozorom „Szczęśliwa ziemia” to smutna książka, ale z drugiej strony na tyle dobra i ważna, że nie można jej zignorować. Podobnie postąpili krytycy, nominując Orbitowskiego do Paszportu Polityki. Gdy ten numer Grabarza Polskiego ujrzy światło dzienne, będziemy znać już wyniki konkursu. Niezależnie od nich, po „Ziemię” sięgnąć warto. A wręcz należy.

 6 out of 6 stars

Recenzentka: Aleksandra Zielińska

Łukasz Orbitowski – Szczęśliwa ziemia
Wydawca: Wydawnictwo SQN (2014)
Liczba stron: 384

Polecamy także