Literatura

Łukasz Orbitowski – Tracę ciepło

dnia

„Tracę ciepło” Łukasza Orbitowskiego wznowione niedawno przez krakowskie wydawnictwo SQN ośmielę się nazwać jedną z najważniejszych powieści polskiej grozy współczesnej. I z jednej strony to pochwała, a z drugiej konieczność przełknięcia gorzkiej pigułki, że po odejściu „Orbita” od horroru, mało kto potrafi napisać powieść grozy, którą można nazwać mianem wybitnej. Owszem, mamy autorów potrafiących pisać pulpę, i robiących to z powodzeniem. Znaleźć możemy twórców znakomitych opowiadań, które – mimo iż pozostają w obrębie gatunku grozy – przekraczają granice gatunkowej przynależności, oferując więcej niż tylko standardowy zestaw horrorowych rekwizytów – straszaków i serwując coś więcej pomiędzy wierszami.

Z twórców powieściowych mamy więc takich autorów jak: Wojciech Gunia (z filozoficzną grozą w „Nie ma wędrowca”), wczesna Aleksandra Zielińska (z onirycznym „Przypadkiem Alicji”), Krzysztof Maciejewski (ze swoim poetyckim, mrocznym stylem pisania) czy też Dawid Kain (wiecznie oscylujący na granicy gatunków, jedną nogą w horrorze, drugą w grotesce, a pomiędzy tym wszystkim mnóstwo wycieczek do sf). Ale co poza nimi? Kilku, może kilkunastu ciekawych autorów, którzy potrafią dobrze wykorzystać schemat ram gatunkowych… ale w żaden sposób nie usiłują wyjść poza ramy popularnego czytadła. A może to Orbitowski tak wysoko podniósł poprzeczkę, że ciężko mu literacko w horrorze dorównać?

„Tracę ciepło” to poniekąd trzy opowieści, jednak skorelowane ze sobą na tyle, by zgrabnie łączyć się w jedną, pokaźnych rozmiarów historię. Historię, która wykorzystując cały wachlarz ogranych horrorowych motywów próbuje nam opowiedzieć coś więcej, niż tylko prostacką opowiastkę o duchach, sektach i przeklętych mieścinach. Osią każdej z opowieści są postacie dwójki kolegów, których poznajemy w czasach szkolnych. Łączy ich tajemnica – śmierć szkolnego ciecia – która z czasem przeradza się w szorstką, niełatwą męską przyjaźń. Kuba i Konrad to niby zwyczajne dzieciaki, powolnie dorastające w cieniu zmian społeczno-politycznych. Dwójka chłopców pozornie zwyczajnych, ale jednak naznaczonych dziwacznym piętnem, które pcha ich kroki wciąż ku nieznanemu. Ku zagadkowym śmierciom, ku duchom przenikającym do naszego świata i ku widmowym jeziorom. Ku mrocznym, krwawym sektom i złowrogim siłom spoza naszego pojmowania, przez które ten duet staje się elementem odwiecznej walki dobra i zła.

Jednocześnie opowieści snute przez Orbitowskiego, nawet pozbawione elementów grozy i fantastyki, nadal by się broniły, pozostając po prostu realistycznymi, przepełnionymi smutkiem historiami o dojrzewaniu, wkraczaniu w dorosłość i całkowitej nieumiejętności w radzeniu sobie z nią. Jednak wątki horrorowe są dla właściwego, pełnego wydźwięku „Tracę ciepło” konieczne. Wręcz niezbędne dla wyrażenia pełni znaczeniowej fabuły. Orbitowski sięga po estetykę horroru, ale – co najważniejsze, a o czym zapomina wielu twórców grozy – służy mu ona jedynie, jako fasada, pewien stylistyczny zabieg mający na celu uwypuklenie pewnych zjawisk i zdarzeń. Oraz opowiedzenie historii dużo bardziej złożonej, niż powierzchowna opowiastka grozy.

W „Tracę ciepło” znaczenie ma miasto i jego dzielnice. Zwłaszcza rodzinne strony autora, które często zostają w jego twórczości tłem zdarzeń, a czytelnik rozważa w trakcie lektury, czy mroczniejsze i bardziej przerażające są duchy, czy obskurne zaułki Kazimierza z malowniczych opisów autora. To z resztą charakterystyczny element także dla późniejszej twórczości „Orbita” – miasto, jako twór niezależny, w pewien sposób antropomorficzny, uosabiający mroczną i potężną siłę mającą znaczący wpływ na zdarzenia, jakby kreujący całą historię i losy bohaterów.
Zresztą, nie tylko to jest charakterystyczne dla twórczości Orbitowskiego, bo i historie o trudnym dojrzewaniu, o przyjaźni, która wymaga wiele wysiłku i nigdy nie jest prosta, ale i „opowieści drogi” często przewijają się w książkach i nowelach autora.

„Tracę ciepło” to książka którą można odkrywać raz po raz, czytając między wierszami. Oprócz mocno ironicznej, ale i czasami przerażającej – jak przystało na horror – prozy mamy tam gorzkie przemyślenia na temat życia i jego sensu oraz wartości, ale też obraz przemian, swoistą podróż przez czasy dla Polski najtrudniejsze – od krańca komunizmu, poprzez rodzącą się w bólach demokrację, ze wszystkimi jej wypaczeniami i karykaturami.

Orbitowski to doskonały gawędziarz, który pokazał, jak może i powinna wyglądać powieść grozy osadzona w realiach naszego, polskiego podwórka. Powieść nie kalkująca schematów Zachodu, ale powstała w surowych realiach polskich blokowisk, powojennych dzielnic, czy wsi. Szkoda, że tak niewielu sięgnęło po tę lekcję i horror coraz bardziej skręca w stronę kuriozalnych opowiastek pełnych krwi, flaków… i niczego więcej. „Tracę ciepło” to z całą pewnością kluczowa pozycja dla rodzimego kanonu grozy i jedna z najlepszych powieści gatunku w naszym kraju. Soczysta, wielowątkowa proza, charakterystyczna dla samego Orbitowskiego, ale też nie stroniąca od klasycznego horrorowego sztafażu. Czego chcieć więcej? Polecam!

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Łukasz Orbitowski – Tracę ciepło
Wydawca: SQN 2018
Ilość stron: 464
Mariusz

Recenzent, piszący głównie o horrorze i fantastyce, ale nie tylko. Reegularnie pisuje dla Grabarza Polskiego, RzeczGustu i Paradoks. Miłośnik komiksów, nie tylko spod znaku Marvela. Czasem także pisarz, niekiedy mówią, ze dobry. Publikował w Bramie, Histerii i Grabarzu Polskim. Prowadzi blog „Co przeczytać? – subiektywny blog literacki”. Wielki fan i propagator rodzimej sceny grozy.

Polecamy także