Literatura

Maciej Lewandowski – Cienie Nowego Orleanu

Opublikował

dnia

patronat

Inspektor Legrasse powraca. Wraz z nim powraca jednak również groza, której świadkiem był dwie dekady wcześniej na bagnach podczas obławy na czcicieli kultu voodoo. Tyle w skrócie o fabule najnowszej powieści Macieja Lewandowskiego „Cienie Nowego Orleanu”. Powieści udanej, lecz nie doskonałej — jakkolwiek bowiem pierwsze relacje telewizyjne z Nowego Jorku do Londynu przypadają na rok 1928, metafora odciętego od prądu odbiornika telewizyjnego raczej nie koresponduje ze stylistyką całości (s. 261). Tym niemniej powieść jest warta uwagi już choćby ze względu na sposób nawiązania w niej do tradycji literackiej.

Autor przywołuje najgłośniejszy bodaj utwór Howarda Phillipa Lovecrafta — „Zew Cthulhu” (1928; wydanie pol. 1983), jednak nie czyni tego w sposób oczywisty. Nie tyle bowiem powiela fabułę „arche-tekstu”, co osadza swą opowieść w kontekście całego zbioru pod tym samym tytułem, który ukazał się w Polsce w 1983 roku. Tym samym „Cienie Nowego Orleanu” to jednocześnie hołd złożony Lovecraftowi i jego czytelnikom. Lewandowski, dzięki systemowi przemyślanych aluzji literackich odwołuje się bowiem nie tylko do owego — fundamentalnego dla „mitologii Cthulhu” — utworu. Nie mniej istotne okazują się inne, ogłoszone wraz z legendarną dziś przedmową Marka Wydmucha, opowieści pomieszczone w kultowej polskiej edycji z 1983 roku. Ci miłośnicy twórczości „samotnika z Providence”, którzy ją znają z pewnością docenią zaproponowaną im przez Lewandowskiego grę, polegającą na odnajdywaniu istniejących na kartach „Cieni Nowego Orleanu” nawiązań do pozostałych opowieści z owego wydania. Jedne z nich są bardziej oczywiste (jak choćby reminiscencje zdarzeń z bagien Luizjany), inne mniej, jednak nie znalazło się bodaj żadne, które byłoby pominięte — nawet dla „Muzyki Ericha Zanna” (1922; wydanie pol. 1983) autor znalazł osobną wzmiankę, którą wprawdzie dość łatwo przeoczyć, lecz tym większą satysfakcję odczuwa ten, kto ją odnajdzie.

Zarazem powieść Lewandowskiego jest nie tylko zabawą w grę znaczeń rozpoznawalnych dla miłośników Lovecraftowskiego horroru kosmicznego. To również pełnoprawna historia kryminalna, w której wątek nadprzyrodzony rozwija się równolegle do śledztwa prowadzonego przez nowoorleańską policję w sprawie zaginięć młodych dziewcząt. Rozwija się ono wprawdzie dość niemrawo, biorąc pod uwagę uwarunkowania rasowe, niemniej staje się dla autora pretekstem do ukazania specyfiki luizjańskiej metropolii, której zaułki przemierzamy wraz z głównym bohaterem. A nie jest to miasto, które można byłoby przemierzać bezpiecznie; niczym Breslau z cyklu powieści Marka Krajewskiego, Nowy Orlean tętni własnym życiem, groźnym dla przypadkowych obserwatorów. Przewodnikiem po nim jest John Legrasse, wraz z którym zaglądamy do spelunek oferujących nielegalny alkohol i hazard, dzielnic biedoty, a nawet na targ niewolnic, uprowadzonych przez przestępczą organizację o polskich korzeniach — Zvi Migdal (to z kolei ukłon w stronę „Kina Venus” Marcina Wrońskiego, 2011). A obok tych mrocznych zaułków pojawiamy się w rezydencjach elity i pośród wyrafinowanych antykwariuszy. Dopiero bowiem obie strony Nowego Orleanu — wcale nie tak odległe od siebie, jak by się zdawało — składają się na ukazaną w powieści rzeczywistość, tętniącą rytmem szalonych lat dwudziestych wraz z rozkwitającym wówczas jazzem, kulturą społecznego oporu wobec prohibicji i tajemnymi kultami, inspirowanymi haitańskimi wierzeniami. Te zresztą okazują się nie tylko sferą duchowości i mają jak najbardziej realny wpływ na rzeczywistość fizykalną i losy protagonistów opowieści.

Jest to zarazem wieloaspektowy portret miasta, który zdolni jesteśmy odczuć nie tylko poprzez zmysł wzroku, ale też węchu i dotyku. Wiele uwagi Lewandowski poświęca wymiarowi olfaktorycznemu i akustycznemu funkcjonowania aglomeracji. Wrażenia zapachowe stanowią zresztą alternatywne, wobec okocentrycznego, źródło (roz)poznawania miejskiej przestrzeni. Pozwalają też głębiej zanurzyć się w wykreowaną na potrzeby fabuły rzeczywistość jakkolwiek — przyznajmy — dla czytelników obdarzonych plastyczną wyobraźnią — nie zawsze taka immersja może stanowić źródło przyjemnych doznań.

5 out of 6 stars

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Maciej Lewandowski – Cienie Nowego Orleanu
Wydawca: Uroboros (2019)
Ilość stron: 350

Polecamy także