Muzyka

Marduk – Frontschwein

Opublikował

dnia

nd_ap_em

No i stało się, długo oczekiwany przez jednych, kompletnie obojętny innym, trzynasty album szwedzkiego Marduka ujrzał światło dzienne, choć raczej powinienem rzec – wypełzł z czeluści nocy. Wbrew pozorom, podział na niezainteresowanych i tych zamiłowanych nie wynika z upodobań religijnych, bo jeżeli ktoś zna ekipę Morgana, to raczej do rycerzy świetlistej drogi nie należy. Problemem w tym przypadku jest fakt, że fani zespołu dzielą się na tych, którzy uznają tylko albumy (i twórczość) z wokalistą Legionem (który odszedł z hordy dwanaście lat temu) i tych, którym obecność Mortuusa za mikrofonem nie przeszkadza. Pocieszające jest to, że ci pierwsi mówią również, że Metallica skończyła się na „Kill’em All”, Napalm Death na „Scum”, a Muminki bez Buki nie są „tru”. No i jeszcze, że Marduk skończył się na (nomen omen) „World Funeral”. I, co niemniej zaskakujące, z tym ostatnim się zgadzam. Może nie bez użycia dramatycznych sformułowań, ale przyznaję, że choć wcześniej zasłuchiwałem się wyziewami Szwedów, a płyty nagrane ze wspomnianym Legionem uważam za mistrzostwo w swojej klasie, to już to co się działo od czasów „Plague Angel” nieszczególnie mnie interesowało. Ale nie z powodu zmiany na stanowisku frontmana. Przecież i tak wiadomo, że to Morgan o wszystkim decyduje i on tu panem, sterem, okrętem, nieważne jakby się Mortuus czy Legion napinali na zdjęciach. Powód był inny. Zacząłem odnosić wrażenie, że formuła jakiej kurczowo trzymał się Marduk zaczęła się powoli wyczerpywać i choć każdy kolejny album wstydu grupie nie przynosił (tak, nie kupowałem ich, ale nie znaczy, że nie słuchałem), ale i nie wnosił nic nowego, nic, czego by nie było na poprzednich albumach. I koniec końców, jak to zwykle bywa, stare wygrywało z nowym. I oto nagle wypełzł wspomniany „Świński front”, który już samą okładką w jakiś przewrotny sposób przypomina czasy „Panzer Division Marduk”, a ja stwierdziłem, że przysłucham się, co tam znów w hordzie z Norrköping wrzeszczy. I okazuje się, że jest znakomicie.

Porównania do „Panzer Division Marduk” nie są całkiem bezpodstawne, ale o ile ten kultowy album zasłynął obłędnymi tempami i brakiem choćby jednego zwolnienia, to tutaj sprawa jest dużo bardziej przejrzysta. Dosłownie, bowiem horda zdecydowała się na zaskakujący zabieg przetykając ultraszybkie eksplozje wojennej furii z utworami wolniejszymi. Wpływa to nie tylko na zróżnicowanie albumu i ułatwienie odbioru. To czyni po prostu płytę ciekawszą i genialniejszą w swej wymowie niż wszystkie dokonania zespołu z co najmniej ostatnich dziesięciu lat. Wystarczy posłuchać takiego „Nebelwerfen” gdzie horda gra w tempach, które w ich przypadku można określić jako doom metalowe. I mimo tego tempa, topornego riffu, pobrzmiewających w tle klawiszy, jest to jeden z najbardziej old schoolowych i potężnych utworów na płycie.

W podobnym tonie utrzymany jest „503”, średnie tempa dominują „Blond Beast” czy znakomity „Wartheland”. I jeśli ktoś myśli, że to wszystko wina nowego bębniarza, to bardzo się myli. Fredrik Widigs pokazuje w „Rope of Regret” czy „Afrika”, że i ultraszybkie tempo, i ambitniejsze zagrywki nie są mu obce, by zmiażdżyć słuchacza kanonadą dźwięków w utworze tytułowym i zamykającym całość absolutnie rewolucyjnym wojennym tornado „Thousand-Fold Death”. To zresztą kapitalne przykłady na to, że ekipa Morgana w ogóle się nie starzeje, a wszelkie zarzuty można sobie wcisnąć w kieszeń. Zespół niewątpliwie nagrał jeden z najlepszych albumów w swojej karierze, na pewno najlepszy od dobrych nastu lat. Czapki z głów. Czas na hełmy. Idziemy na świński front.

Recenzent: Łukasz Radecki

Marduk – Frontschwein
Label: Century Media (2015)
Dystrybutor: Universal Music Polska
Łukasz Radecki

Pisarz, recenzent, muzyk, pracoholik. Współpracuje z Grabarzem Polskim, Dziką Bandą, Horror Online, Rzecz Gustu i Atmospheric Magazine. Uwielbia wszystko, co podobało mu się gdy był 20 lat młodszy.

Polecamy także