Literatura

Marek Zychla – Przeczywistość

Opublikował

dnia

„Przeczywistością” Marek Zychla zdaje się obnażać rzeczywistość, paradoksalnie, całkowicie ją odrealniając. Jak sugeruje tytuł, historie z tej książki przeczą podstawowym zasadom znanego nam świata. Ale jednocześnie ukazują te jego elementy, które – zdaniem autora – zasługują na wskazanie palcem ze znaczącym nakazem: spójrz tutaj i zastanów się.

Mimo że opowiadania zawarte w tym tomie zdają się snuć opowieści dalekie od realizmu, oniryczne i przerysowane, jednocześnie dotykają najprostszych ludzkich lęków. Ale też (co uważam za najważniejszą rolę opowieści grozy) oswajają owe lęki, obnażając kruchość naszych strachów poprzez ich uwypuklenie do granic absurdu, co samo w sobie je ośmiesza. Blisko tej prozie do twórczości Juliusza Wojciechowicza, który w swojej książce „Bez znieczulenia” sięga niejednokrotnie po skrajny realizm i emocjonalny ekshibicjonizm, by ukazać absurdy i lęki współczesnego świata. Jednak Marek Zychla ucieka w nierealność, w tytułową „przeczywistość”, w zabawy słowem, wizją obrazowaną w opowieści. Niejednokrotnie są to historie z przesłaniem, czasem bardziej, czasem mniej zawoalowanym (jak np. w „Katharsis”). Jednak nie zmienia to faktu, że w każdym przypadku autor ma do powiedzenia coś więcej niż wskazuje, widoczna na pierwszy rzut oka, oś fabularna opowiadanej historii. Nie brak tu ironii, nie brak gorzkiego absurdu, który jeszcze bardziej uwypukla wszelkie wypaczenia, jakim przygląda się Zychla. Dosadny, dowcipny, używany z rozwagą i świadomością język sprawia, że przestają to być tylko frywolne opowiastki z chwytliwym motywem, a stają się swoistą grą z czytelnikiem. I od razu zaznaczam – ta gra nie jest dla każdego. Proza Zychla jest mocno oniryczna i przerysowana, momentami ociera się o granicę absurdu i nie do każdego trafi. Ale ci, którzy zdołają się w nią zagłębić i przebić przez wierzchnią warstwę szalonych obrazów odmalowywanych w opowieściach autora, odkryją ucztę znaczeń i nawiązań, które z „Przeczywistości” czynią jedną z najciekawszych książek mijającego roku.

Pod względem literackim blisko autorowi do wczesnego Małeckiego, tego z „Błędów” i „Przemytnika cudu”. Może przez śmiałe zagłębianie się w polskie blokowiska, z którymi związane jest wiele wspomnień autora z lat dzieciństwa i wczesnej młodości? A może przez odrealnione obrazy wykrzywiającej się coraz bardziej rzeczywistości? Odnajduję w niektórych tekstach bardzo dużo Orbitowskiego (zwłaszcza w „T’estimo, Senior Garcia”). Ale i tu mam na myśli tego wczesnego Orbitowskiego, zanim zdryfował ku mainstreamowi, zanim zrezygnował z horrorowo- fantastycznej fasady, bo odkrył, że większy mrok kryje się w skrajnym realizmie. Wspomniane wyżej opowiadanie Zychla mocno przypomina atmosferą opowieści Orbita z jego znakomitego debiutanckiego zbioru „Wigilijne psy”. I nie w tym rzecz, że Zychla nie potrafi znaleźć własnego języka, że ucieka w sprawdzone sposoby swoich kolegów po piórze. Nie podąża utartymi ścieżkami, ale bardziej wymyka się poza osnowę rzeczywistości, by szukać tam sposobów na zobrazowanie swoich fascynacji i lęków. Tak, jak przed nim robili to wspomniani tu Orbitowski i Małecki.

Zbiór „Przeczywistość” zdaje mi się być, z jednej strony literackim eksperymentem, zabawą, grą z czytelnikiem, testem znaczenia formy względem przejrzystości fabuły. Ale z drugiej, opowiadania zawarte w tej książce, stanowią swoiste poszukiwanie literackiej tożsamości autora. To takie dojrzewanie twórcy do własnych oczekiwań w kwestii wyrażenia samego siebie. Zychla zdaje się filtrować otaczającą go rzeczywistość przez pryzmat, który rozbija ją na tysiące elementów, a później składa na nowo, w zmienionej, odrealnionej, pozornie przypadkowej formie. Właśnie z tych poszukiwań, opierających się na doskonałym opanowaniu literackiego języka, powstaje „rzeczywistość”.cZychla nie jest autorem uniwersalnym. Trzeba mieć należyty bałagan w głowie, by zespolić się z rytmem jego opowieści. Ale to, paradoksalnie, stanowi o ich sile. Jeśli zdołacie się w nie zagłębić, oddać tej prozie, zobaczycie światy, o jakich wam się nie śniło. Marek Zychla nie stroni od ironizowania, ale jego humor zawsze ma gorzki posmak. „Farfadety i Nibywróżka” to tylko pozornie komiczna baśniowa opowiastka, garściami czerpiąca z irlandzkiej mitologii. „Chomcio Paluch” tylko z początku okazuje się lekką, zabawną historyjką. W opowiadaniach Zychli nic nie jest takie, jak się pozornie wydaje, każda następna strona może zaskoczyć. Ofiarować czytelnikom więcej pytań, albo rozwiązanie zagadek i dopełnienie obrazu. Powiedzieć, że to historie w baśniowej konwencji – to nie powiedzieć dość. Owszem, odwołań do mitów jest tu mnóstwo, jednak to tylko jedna warstwa, jaką jest brutalny, surowy realizm osiedlowych przedmieść. Marek Zychla miesza baśnie, mity i wspomnienia (nie tak do końca różowe), w wielkim tyglu i serwuje nam danie smakowite, choć niekoniecznie strawne dla wszystkich.

Ja polecam, bo to przykład naprawdę znakomitej prozy, która wymyka się jednoznacznym kwalifikacjom gatunkowym, oscylując na krawędzi realizmu i groteski. Taka jest właśnie „Przeczywistość”. Jeśli nie boicie się do niej zajrzeć i w nią wkroczyć, zapraszam. Ja sądzę, że jak najbardziej warto.

Recenzent: Mariusz „Orzeł” Wojteczek

Marek Zychla – Przeczywistość
Wydawca: Gmork (2017)
Liczba stron: 280

Polecamy także