Literatura

Mariusz Wojteczek – Ballady morderców i inne opowiadania

Opublikował

dnia

patronat

Piszący o najnowszym tomie opowiadań Mariusza Wojteczka, znajduję się w o tyle niekomfortowej sytuacji, że wszystko, na co mógłbym zwrócić uwagę potencjalnego czytelnika, zostało już uwzględnione zarówno w odautorskiej notce, jak i wprowadzeniu, pióra Bartłomieja Paszylka. Cała reszta, czyli ponad półtorej setki stron, to już jedynie (aż?) literatura, obok której nie sposób przejść obojętnie. I jeśli można jeszcze cokolwiek dodać do owych propozycji odczytań, to możliwość wynikająca z migotliwości znaczeń i zaproponowanych czytelnikowi gier, których reguły nie zawsze pozostają równie oczywiste, jak by się zdawało.

„Ballady morderców i inne opowiadania” skonstruowane są w sposób podkreślający dwudzielność zbioru, sygnalizowaną jego tytułem. Część pierwsza to — pozornie — epickie parafrazy muzycznej opowieści, jaką jest płyta Nicka Cave`a, nagrana z zespołem „The Bad Seeds” pt. „Murder Ballads” (1996). Istnieje jednak zasadnicza różnica między źródłem inspiracji i wariacjami Wojteczka na jego temat. Ci, którzy znają muzyczny oryginał, bez trudu spostrzegą, że — jakkolwiek kolejność poszczególnych utworów zostaje zachowana —ich liczba nie zgadza się. Nie sposób bowiem odnaleźć inspiracji pewnej opowieści na płycie Cave`a, jednak bez względu na to sposób obrazowania i rytm opowieści wpisują się doskonale w klimat „Murder Ballads”. Jak zatem można odczytywać ową „nadprogramową” historię, zaczerpniętą z innej płyty Cave`a? Czy — biorąc pod uwagę „powinowactwa z wyboru”, jakie łączą opowieści Wojteczka i Cave`a — należy „Dziecko łez” uznać za pastisz? Byłby to wówczas wyraz najwyższego uznania i hołd pisarza dla piosenkarza, któremu zawdzięcza inspirację. Tym bardziej, że artystyczny impuls nie ograniczył się ani do przełożenia historii tworzących „Murder Ballads” na rodzime realia, ani fabularnej wierności oryginałowi. Owszem, są opowieści, które można uznać za parafrazę pierwotnych utworów — należy do nich najsłynniejsza z opowieści: o Elisie Day, zwanej Dziką Różą. Jednakże już „Klątwa” dalece odbiega od „The Curse of Millhaven”. Porównując obie wersje dziejów Loretty należy jednak żałować, że Wojteczek zrezygnował z wprowadzenia, przepełnionego czarnym humorem, wątku psa profesora O`Rye (szczególnie przejmująco wybrzmiał on w interpretacji Marty Parzychowskiej w autorskim wykonaniu piosenki, które można obejrzeć na YouTube) . Decyzja pisarza wynika jednak z innego rozłożenia akcentów fabularnych w „Klątwie” i zakończenia akcentującego konieczność kary dla zabójczyni, a jednocześnie ocalenie jej pamięci w imię miłości.

Niezależnie jednak od sposobu, w jaki Wojteczek inspirował się „Murder Ballads”, zwraca uwagę gradacja napięcia. Stopniowe zagęszczanie atmosfery zauważalne jest nie tylko w poszczególnych opowieściach; zauważalne jest też podczas lektury całego cyklu, toteż warto zawierzyć autorowi i podążyć wyznaczoną przez niego (a zatem, pośrednio, również i przez Cave`a) kolejnością opowieści. Jedynie wówczas bowiem będziemy w stanie docenić „Ballady morderców” jako zamkniętą koncepcyjnie całość.

Jest jeszcze jeden, prócz wspomnianych tu wypowiedzi Wojteczka i Paszylka, powód, dla którego trudno wyważyć ocenę omawianego tu zbioru. Niezaprzeczalnie jest on zdominowany przez cykl nawiązujący do płyty Cave`a i „The Bad Seeds”. Nie oznacza to jednakże, że pozostałe opowieści można zlekceważyć, bądź pominąć. Są one bowiem nie tylko dopełnieniem tomu, lecz — przede wszystkim — samodzielnymi opowieściami. Owszem, w porównaniu z „Balladami Morderców” mogą wydawać się mniej atrakcyjne czytelniczo; nie wszystkie też pozostają na równie wysokim poziomie artystycznym (najmniej udany jest — z uwagi na skrótowość, nie pozwalającą zanurzyć się w ukazaną rzeczywistość kresu dziejów — „Koniec świata”), jednak i wśród nich nie zabrakło utworów, które artystycznie dorównują cyklowi inspirowanemu piosenkami Cave`a. Z tego powodu warto zwrócić uwagę zwłaszcza na „Anioła”, podejmującego, w jedynie pozornie skonwencjonalizowany sposób, problematykę odpowiedzialności. Trochę też szkoda, że w „Piwnicy (Piwnicznych drzwiach)” finał właściwie niczego nie rozwiązuje — tym bardziej, że inspirowany mitologią Howarda Philippsa Lovecrafta koncept potrafi zauroczyć nastrojem niedookreśloności już od pierwszych zdań.

I wszystko byłoby wspaniale — zwłaszcza, że i szata graficzna okładki harmonizuje z treścią, i sztywna okładka prezentuje się godnie, gwarantując przedłużenie „żywotności” woluminu — gdyby nie irytująca maniera wydawcy, aby w nagłówkach na poszczególnych stronach zamieścić jedynie tytuł całości zbioru. Jest to rozwiązanie tym bardziej chybione, że koncepcyjnie (o czym wyżej) zbiór Wojteczka ma budowę dwudzielną. W ten zaś sposób ani „Ballady morderców”, ani pozostałe opowiadania nie mają szans zaistnieć w świadomości czytelniczej, jako osobne partie. Zgrzyt niby drobny, a jednak zauważalny.

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Mariusz Wojteczek – Ballady morderców i inne opowiadania
Wydawca: Phantom Books (2018)
Liczba stron: 168
Adam Mazurkiewicz

Z powołania i zamiłowania krytyczny czytelnik fantastyki i kryminału we wszystkich odcieniach. W chwilach, gdy nie czyta gotuje. Z zasady nie bierze udziału w życiu mediów społecznościowych, a mimo to nie czuje się wyalienowany.

Polecamy także