Muzyka

Metallica – Hardwired… to Self-Destruct

Opublikował

dnia

hardwired

Na nową płytę Metalliki przyszło nam czekać bardzo długo, nawet jak na standardy tego dość leniwego zespołu. Owszem, panowie zjeździli całą ziemię wszerz i wzdłuż, ale jeśli chodzi o częstotliwość nagrywania płyt, ciężko stawiać ich za wzór. Z jakością włącznie, bo pomijając kontrowersyjne „Load”/ „Reload” czy „St. Anger”, o takim „Lulu” nikt nie chce pamiętać. Dlatego też oczekiwania wobec „Hardwired… to Self-Destruct” były ogromne. Czy zostały spełnione? To zależy czego się oczekiwało.

Zacznijmy asekuracyjnie: Metallica nigdy nie była szczególnie agresywnym zespołem, pod tym względem przewyższały ją zdecydowanie inne amerykańskie grupy typu Slayer, Testament, Exodus, czy nawet Megadeth. Sukces ekipy Larsa i Jamesa tkwił w chwytliwych riffach, melodyjnych solach i intrygujących liniach wokalnych. I dokładnie to wszystko na nowym albumie znajdziemy. Momentami przypomina to „The Book of Souls” Iron Maiden, z tą różnicą, że tutaj autocytaty są mniej nachalne. Metallica jest świadoma, czego oczekują fani, ale jednocześnie wie, że czasu zawrócić się nie da. Dlatego otwierający całość „Hardwired” to z jednej strony numer, który mógłby trafić na „Kill’em All”, z drugiej brak w nim tej młodzieńczej agresji i pasji. James po prostu śpiewa, a sterylna produkcja robi resztę. I w zasadzie w formie podobnej wyliczanki można potraktować cały album. „Atlas, Rise” to krzyżówka riffów z „And Justice for All” plus majdenowe harmonie, „We’re Dead My Dear” spokojnie mógłby trafić na „Load” czy „Reload” i nie odstawałby ani brzmieniem, ani brzmieniem głosu Jamesa. Ba, nawet na tych znienawidzonych przez wielu płytach były numery cięższe od tego. Wygłodzeni fani, którzy kiedyś na tamte płyty pluli zdają się tego nie dostrzegać. Schemat Iron Maiden plus „… And Justice for All” powraca w świetnym „Moth into the Flame”, ale najciekawszą krzyżówkę funduje „Dream No More”, gdzie znów wracamy do stylistyki „Load”/„Reload”, przemielonej przez „Sad But True” z czarnego albumu by w refrenie dostać autocytatami z „The Thing That Should Not Be”, nie tylko za sprawą tekstu o Wielkim Cthulhu. Pierwszą płytę zamyka „Halo on Fire”, pseudoballadowy kawałek, który bardzo ładnie rozpędza się w finale w rytm coraz bardziej naiwnego tekstu Jamesa. Tu pobrzmiewa trochę „Death Magnetic”, trochę czarny album. Całość wypada bardzo dobrze i w tych trzydziestu siedmiu minutach zmieściło się naprawdę dużo dobrej muzyki. Niestety, zespół postanowił dołożyć i drugą płytę, która wypada znacznie słabiej.

Solidny „Confusion” to znów rzecz z pomiędzy Czarnego Albumu a „Load”/„Reload”, najsłabszy w zestawie „ManUNkind” to już czysty „Reload” i to w najbardziej irytującej wersji. Ciekawostka, że irytację wywołuje głos Jamesa, a na uznanie zasługuje bardzo połamany i pokręcony rytm, w którym Lars pokazuje, z czego kiedyś słynął. Mocarnie na płycie robi się dopiero przy ciężkim „Here Comes Revenge”, szczególnie, że tu natykamy się na najlepszy w zestawie tekst. Niestety, kolejne dwa numery, „Am I Savage?” i „Murder One” znów brzmią jak odrzuty z „Reload”, co podpada tym bardziej, że ostatni z nich dedykowany jest samemy Lemmy’emu. I gdy już płyta osiąga poziom zażenowania, wyskakuje największy killer całego albumu – „Spit Out the Bone”, petarda, jakiej Metallica nie fundowała nam od końca lat 80. Gdyby przerzucić go wraz z „Here Comes Revenge” na pierwszą płytę, najlepiej jeszcze w miejsce „We Are Dead My Dear” mielibyśmy płytę znakomitą. A tak jest tylko dobra, momentami nawet bardzo. Poza protokołem jeszcze jedna uwaga. Wiele osób ekscytuje się, że dostali po latach oczekiwania dwie płyty zamiast jednej. Owszem, ale pomijając fakt, że druga jest po prostu słaba, to łączny czas obydwu jest krótszy niż choćby „Load”, do którego zresztą często tu nawiązują. Czyli znów nabijamy fanów w butelkę.

Ale jak szaleć to szaleć – i warto zaopatrzyć się w zestaw trzypłytowy. Na trzecim dysku znajdziemy prawie trzydzieści minut rozrzuconych po unikatowych płytach utworów: covery Rainbow, Iron Maiden, Deep Purple i najnowszą, naprawdę dobrą wersję „Lord of Summer”, a w bonusie czterdziestominutowy koncert z utworami pochodzącymi z „Kill’em All” i „Ride the Lighting” – na wypadek, gdyby ktoś wątpił, że Metallica chce łechtać sentymenty. Łechta i to całkiem udanie. Jeśli na następny album nie przyjdzie czekać kolejne osiem lat i nie znajdzie się na nim seria zagubionych riffów z „Reload”, będzie po prostu wspaniale.

4 Stars

Recenzent: Łukasz Radecki

Metallica – Hardwired… to Self-Destruct
Label: Blackened (2016)
Dystrybutor: Universal Music Polska

Łukasz Radecki
Pisarz, recenzent, muzyk, pracoholik. Współpracuje z Grabarzem Polskim, Dziką Bandą, Horror Online, Rzecz Gustu i Atmospheric Magazine. Uwielbia wszystko, co podobało mu się gdy był 20 lat młodszy.

Polecamy także