Literatura

Monika Kassner – Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było

Opublikował

dnia

patronat

Oficyna Silesia Progress, zgodnie z dookreślonym programem wydawniczym, jakość stawia przed ilością, toteż nie ma szans na podbój rynku czytelniczego bogactwem oferty. Co więcej: z uwagi na specyficznie ukierunkowanego odbiorcę, wydawca ten znany jest przede wszystkim (zgodnie zresztą z nazwą) na Śląsku. W zamian zdecydowana większość oferowanych pozycji — zwłaszcza z publikowanych w ramach serii „Zimny Priessnitz” — godna jest polecenia miłośnikom nietuzinkowej literatury kryminalnej. Nie inaczej dzieje się w wypadku najnowszej propozycji — „Sprawy Salzmanna. Trupa, którego nie było” Moniki Kassner.

Pozornie mamy do czynienia z kolejnym kryminałem retro — rzecz dzieje się w 1934 roku w Świętochłowicach. Jednakże już dobór rozwiązań językowych wskazuje, że nie jest to powieść dla wszystkich. Dialekt śląski (czy jest to osobny język, czy odmiana polskiego to kwestia, którą zostawmy specjalistom, nie jest bowiem ona istotna z perspektywy czytelniczej), którym posługują się bohaterowie opowieści — podobnie zresztą, jak w ogłoszonym w tej samej serii cyklu przygód inspektora Hanusika, autorstwa Marcina Melona — pełni dwojaką funkcję: z jednej strony wprowadza ton egzotyki regionalnej; zarazem jednak — i jest to kwestia o wiele ważniejsza, od sygnalizowanej wyżej — umożliwia pełniejsze zanurzenie w wykreowany przez Kassner świat. Nie jest ono wprawdzie równie wszechogarniające, jak w wypadku „Kōmisorza Hanusika” (2014) Melona, jednak wystarczające, by odczuć odmienność (a dla wielu Ślązaków, paradoksalnie, swojskość) powieściowych realiów w konfrontacji z doświadczeniem życiowym. Zarazem jednak takie — dość połowiczne — rozwiązanie, w którym język bohaterów i narracji zdecydowanie różni się od siebie, ma w „Sprawie Salzmanna…” uzasadnienie artystyczne. O ile bowiem w cyklu Melona (przede wszystkim w pierwszej części) konwencja kryminalna była dla autora pretekstem do ukazania śląskiego świata wyobraźni ludowej (wraz z utopcami i innymi bytami nadnaturalnymi), Kassner nie porusza wątku — nazwijmy go umownie — etnograficznego. Tym samym tożsamość języka postaci i opisu świata, w którym funkcjonują, byłaby bezzasadna.

Jednakże na kreacji językowego sposobu bycia bohaterów nie kończy się wyjątkowość „Sprawy Salzmanna…”. Nie mniej istotny jest podtytuł, sygnalizujący, że podczas lektury należy być uważnym co najmniej tak, jak protagonista opowieści — tym bardziej, że mamy szansę rozwikłać wraz z nim tytułową zagadkę. A jest ona — nawet jak na bogactwo odcieni zbrodni, w które obfituje współczesny rodzimy kryminał „retro” — dość osobliwa. Niechaj przeto wskazówką dla potencjalnych czytelników-detektywów będzie sugestia, że — w niewielkim wprawdzie stopniu, toteż nie może w żadnym wypadku być mowy o myślowym plagiacie — autorka zaciągnęła dług w powieści Marcina Wrońskiego „Kino Venus” (2008). Zarazem dekada, jaka dzieli „Kino Venus” od „Sprawy Salzmanna” uświadamia, jak bardzo zmienił się i rodzimy kryminał retro, i czytelnicze oczekiwania.

W utworze Wrońskiego można było jeszcze spodziewać się w miarę jednoznacznego podziału bohaterów na czarne charaktery i szlachetnych, choćby byli oni — przywołajmy sformułowanie Rowlanda Browna, wykorzystane w filmie Michaela Curtiza z 1938 roku — „aniołami o brudnych twarzach”. W utworze Kassner takiego podziału nie sposób zachować; może jedynie, do pewnego stopnia, względnie uczciwym jest główna postać, jakkolwiek i wiele jego działań wzbudza kontrowersje. Być może jednakże to właśnie dzięki tej niejednoznaczności będącej świadectwem skazy charakterologicznej, Adolf Jendrysek zdaje się bliższy czytelnikowi i — co tu ukrywać — bardziej ludzki, podobnie zresztą jak Salzmann, od którego rzekomego trupa zaczęła się cała historia.

Recenzent: Adam Mazurkiewicz

Monika Kassner – Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było
Wydawca: Silesia Progress (2018)
Ilość stron: 179

Polecamy także