Film

Morderstwo w Orient Expressie

Opublikował

dnia

Muszę przyznać, że Pan Kenneth Branagh nie tylko bardzo mnie w tym roku zaskoczył, ale również wprawił w niemałe zakłopotanie. Byłem bowiem święcie przekonany o tym, że „Murder on the Orient Express” jest jego debiutem reżyserskim (mea culpa). Gdy przeanalizowałem jego twórczość przekonałem się, że jest on równie uzdolnionym reżyserem, jak i aktorem. Doszło do mnie także, że stoi on za kilkoma bardzo przeze mnie cenionymi produkcjami, o czym nie miałem wcześniej pojęcia. Reżyserował takie perełki jak: „Henryk V” (1989), „Wiele hałasu o nic” (1993), „Frankenstein” (1994), czy „Hamlet” (1996). Tym razem w kooperacji z Ridleyem Scottem (produkcja) oraz Michaelem Greene’em (scenariusz) udało mu się stworzyć kolejny piękny obraz, który podobnie jak pozostałe, godnie wynosi na ekran swój literacki pierwowzór.

Łatwo również się domyśleć, że zagranie kolejnej legendarnej literackiej postaci było dla Branagha zarówno wyzwaniem, jak i potwierdzeniem jego kunsztu aktorskiego. Z pewnością bowiem nie jest łatwo na nowo wcielić się w rolę do której odbiorcy wszelkiej maści literatury, teatru, kina i telewizji przyzwyczajeni są od prawie stu lat! Adaptacji scenicznych, jak i samych ekranizacji przygód Herculesa Poirota było zbyt wiele (w zaledwie cztery lata po ukazaniu się czwartej powieści Agathy Christie o wielkim detektywie, jej powieści trafiły na deski teatru, wówczas po raz pierwszy w 1928, w jego rolę wcielił się Charles Laverton w adaptacji „The Murder of Roger Ackroyd”), nie ma więc sensu analizować i porównywać ich wszystkich do najnowszej wersji, jaką oferuje nam Kenneth Brannagh. Warto jednak pamiętać ekranizację „Murder on the Orient Express” w reżyserii Sidney Lumeta („12 gniewnych ludzi”) z roku 1974, gdzie rolę Poirota odegrał znakomicie Albert Finney. Właśnie wtedy światowa publiczność zaznajomiła się lepiej z postacią detektywa, którą później bardzo zręcznie prowadził w serialu Poirot (1989-2013) ukochany przez wszystkich David Suchet. Warto także cofnąć się do pierwowzoru literackiego i wspomnieć o jakże istotnym dla „Murder on the Orient Express” fakcie: poprzez zakończenie swojej powieści z 1934 Agatha Christie wywróciła ówcześnie panujące standardy powieści kryminalnej do góry nogami, szokując i wytyczając dla niej zupełnie nowe trendy. Dla kinomanów, którzy nie czytali powieść, zakończenie ekranizacji Branagha może być mało efektowne, aczkolwiek z pewnością zaskakujące. Dla tych, którzy powieść czytali, zakończenie jakie oferuje nam reżyser jeszcze bardziej podkręca to, co wcześniej osiągnęła Christie w literackiej postaci (i wcale nie przesadzam).

Pokrótce jednak: o co tutaj chodzi? Otóż w cudownym jak na swoje czasy Orient Expressie ginie jeden z pasażerów. Pech chciał, że pociągiem podróżował również belgijski detektyw Hercules Poirot (Kenneth Branagh), który na prośbę swojego przyjaciela rozpoczyna śledztwo w celu ujęcia mordercy. A dalej… cóż. To dochodzenie każdy musi z Poirotem przeprowadzić osobiście.

Tyle z lekcji historii i wprowadzenia, gdyż ekscentryczny wąsacz w ujęciu Branagha musiał przejść swoistą przemianę (i nie chodzi tu wyłącznie o wspomniane, mocno przerysowane wąsy). Przemianę musiało przejść także zakończenie jego opowiadania. Czemu? Sam reżyser i odtwórca głównej roli tłumaczy to w ten sposób: „W świecie, w którym ludzie dzielą współodpowiedzialność za zbrodnie musisz zacząć myśleć nieco inaczej i zmieniać pewne fakty na potrzeby zręcznego opowiadania fabuły, lub knucia intrygi. I tak szybko jak zaczyna się to zmieniać, ludzie zastanawiają się, co jeszcze uległo zmianie? […] Wielu ludzi wyjdzie z kina zakłopotana, jeśli zbyt wcześnie zakrzyknęli, że wiedzą co się dzieje, lub stanie.” Branagh wiąże to również bezpośrednio z postacią samego Herculesa, który w jego wykonaniu staje się bardziej sprężysty i aktywny fizycznie. Nie tylko „siada i myśli”, a działa. I to właśnie dzięki takiej postawie jego najnowszemu odtwórcy udaje się tchnąć więcej ducha i moralnej złożoności w postać niesamowitego detektywa. Według Branagha rodzaj dedukowania, jakim kieruje się Poirot na końcu książki nie zadziałałby we współczesnej adaptacji filmowej: „Nie możesz po prostu powiedzieć: oto fakty. Nie w 2017 roku. Musisz zrozumieć co sam o tym sądzisz, co sam zamierzasz z tym zrobić.”

Ta decyzja reżysera i scenarzysty przełożyła się na ich zakończenie historii, którego nie znajdziemy w książce, a które aktualizuje w rewelacyjny sposób sens moralny literackiego pierwowzoru. Podkręcona wersja zakończenia powoduje również, że sam Poirot jawi nam się jako osoba moralnie absolutna, jak mówi Branagh: „Potrzebujemy kogoś bardziej moralnie nienagannego niż my. Poirot mówi „Jest dobro, jest zło. Nie ma niczego pomiędzy”. I właśnie z tym problemem musi się zmierzyć. Musi sam zadecydować o tym, czy morderstwo może być przejawem sprawiedliwości.” Rzecz jasna pojawia się tu parę subtelnych, humorystycznych akcentów wynikających choćby z dykcji Kennetha Branagha i natręctw, jakie charakteryzują odgrywaną przez niego postać, należy jednak pamiętać radę jakiej Rosalinnd Hicks (córka Agathy Christie) udzieliła przed laty najbardziej znanemu odtwórcy roli legendarnego detektywa (Davidowi Suchetowi): „Chcemy aby publiczność śmiała się razem z Poirotem wtedy kiedy to niezbędne, ale nigdy z niego samego.” Pan Branagh zdaje się idealnie zgadzać z tą radą dzięki czemu bardzo zręcznie gra na emocjach widzów. Jego wcielenie się w rolę Herculesa Poirot, jest absolutne i bardzo przekonywujące dla odbiorcy. Najnowsza wersja znanej od lat postaci, to bez wątpienia ogromny atut zaktualizowanego „Murder on the Orient Express”.

Kolejnym wielkim atutem jest tu także obsada: Judi Dench, Michelle Pfeiffer, Penelope Cruz, Willem Dafoe, Johnny Depp, Derek Jacobi. Ta lista jest dłuższa, ale wydaje mi się, że już te nazwiska mówią same za siebie. Oglądać tych wszystkich aktorów w świetnej formie i w tak cudownych rolach, to po prostu jakby Gwiazdka przyszła w tym roku nieco wcześniej! Do tego klimatyczna, perfekcyjnie ilustrująca muzyka Patricka Doylea, który dzięki wcześniejszej współpracy z Branaghem mógł wypełnić jego obraz odpowiednimi do momentu dźwiękami. Film nakręcony został w formacie 70 mm, kojarzącym się z wielkimi produkcjami złotej ery Hollywood. W ciasnych przestrzeniach pociągu powoduje to rozszerzenie perspektywy co sprawia, że wydaje nam się, że pomieszczenia są znacznie większe. Fantastyczne zdjęcia Harisa Zambarloukos’a wychwycają wszystkie majestatyczne ozdoby z jakimi spotykamy się w Orient Ekspresie. Jest tutaj co prawda kilka małych mian i nieścisłości odnośnie literackiego oryginału, ale poza chorą poprawnością polityczną nie robią one większej różnicy i nie zakłócają odbioru dla widzów, którzy wcześniej czytali powieść. Trzeba jednak przyznać, że ten film jest piękny nie tylko w warstwie technicznej (swoisty mariaż efektów cyfrowych i analogowych), ale także dzięki dopełniającym barokowy przepych minionej epoki wnętrzom, kostiumom i krajobrazom, z którymi zetkniemy się zanim nie ugrzęźniemy wraz mordercą nad przepaścią: nie ma ucieczki, wszyscy są podejrzani i zamknięci w odosobnionym od świata miejscu. Na całe szczęście jest z nami Hercules Poirot: prawdopodobnie największy detektyw na świecie…

Recenzent: Michał Pietrzak

Morderstwo w Orient Expressie
Tytuł oryginalny: Murder on the Orient Express
Kraj: Wielka Brytania (2017)
Reżyseria: Kenneth Branagh
Obsada: Kenneth Branagh, Johnny Depp, Michelle Pfeiffer, Willem Dafoe
Dystrybutor: Imperial CinePix

zobacz w cc

Michał Pietrzak

Absolwent Filmoznawstwa. Miłośnik kina klasycznego i eksperymentów kulinarnych. Reżyser i scenarzysta amator. Niepoprawny optymista, zapalony wolontariusz WRO Media Art Biennale i nałogowy gracz „World of Warcraft”.

Polecamy także