Film

Neonowi Maniacy

Opublikował

dnia

W czasach, gdy wszyscy tęsknią za latami 80. i 90., a kino grozy stara się jak tylko może przenieść klimat tamtych dni (jak chociażby za sprawą niezwykle popularnego i moim zdaniem nieco przecenianego serialu „Stranger Things”), nurkuję w bezkresie internetowej głębi, starając się wyłowić perły z zamierzchłej epoki kaset VHS. Należy jednak pamiętać, że zanim dotrze się do skarbu na dnie tego oceanu, trzeba niekiedy pokonać kilometry niezwykle gęstego mułu.

Gdy pewnego dnia niczego nieświadomy rybak znajduje nieopodal jednego z magazynów starożytną księgę, uwalnia mistyczną moc, która budzi do żywych dwanaście żądnych krwi demonów. Pierwszymi ofiarami piekielnego zastępu są niczego nieświadomi nastolatkowie, świętujący nieopodal miasta urodziny jednej z dziewcząt. Z całej masakry jedynie Natalie uchodzi z życiem. Dziewczyna, mimo usilnych prób przekonania policji o zaistniałej sytuacji, nie otrzymuje pomocy. Wraz z dwójką znajomych postanawia rozwikłać zagadkę i raz na zawsze rozprawić się z zabójczymi istotami.

Fabuła, choć nie grzeszy oryginalnością, a można nawet rzec, że stanowi świetny szablon dla produkcji opatrzonych logiem „lata 80.”, dawała mi początkowo nadzieję na typowego przedstawiciela tego okresu w kinie grozy – solidne sceny gore, trochę negliżu, prosty (no dobra prostacki) humor, prosta historia z dynamiczną akcją, która nie wymaga większego zaangażowania moich neuronów. Jednak im dalej w las, tym gorzej! Początkowe sceny sugerują przynajmniej „średniaka”, ale wraz z każdą kolejną minutą utwierdzałem się w przekonaniu, że znowu marnuję swój cenny czas. Trudno, nie pierwszy i z pewnością nie ostatni raz, gdy chodzi o „kasetowy horror z tamtych lat”.

„Neonowi Maniacy” niestety nie straszą – i mam tu na myśli zarówno film, jak i same kreatury. Brak tutaj nastrojowej muzyki, tajemnicy, uczucia niepokoju czy większej dozy przemocy. Dostajemy za to niezwykle nieudaną próbę wstrzelenia się reżysera w niezwykle owocny czas dla filmowego horroru. Mangine odrobił tę lekcję solidnie, co widzimy na ekranie praktycznie w każdej chwili – sceneria, tytułowi maniacy, sposób kręcenia niektórych scen (jak i one same), a nawet sylwetki bohaterów! To wszystko mogliśmy widzieć w „Carrie”, „Fright Night”, „Hellraiser” czy „Friday 13th” i to w, rzecz jasna, o wiele lepszym wykonaniu. Z drugiej strony nie wiadomo też, jak to potraktować. Można by próbować podciągnąć to pod hołd dla klasyki, można by mówić że to „puszczone oko” w stronę fanów horroru, ale przyznam szczerze, iż przez cały seans takiego wrażenia nie odniosłem nawet raz.

Parokrotnie wspominałem w swoich recenzjach, że irytuje mnie brak logiki w oglądanych historiach. Ktoś uszczypliwy mógłby się przyczepić, dlaczego szukam takowej funkcji naszego mózgu w filmach, które często uznaje się za idealny relaks zwalniający z myślenia. Trudno się z tym nie zgodzić i często przymykam na to swoje surowe oko, ale trudno udawać ślepca, gdy na ekranie dzieją się rzeczy ciężkie do zrozumienia samej obsadzie. Gorąco zachęcam Was Drodzy Czytelnicy do obejrzenia sceny ze szkolnej bitwy zespołów, gwarantuję, że podobnie jak ja znajdziecie się w stanie pomiędzy oszołomieniem i zażenowaniem. Mało tego! Wspomniany moment mogę z czystym sumieniem potraktować jako idealny dowód na to, że zarówno twórcy, jak i obsada chyba nie do końca wiedzą, co z tym wszystkim zrobić.

Cóż mogę rzec na zakończenie? „Neon Maniacs” to film, który w zasadzie mógłby nigdy nie powstać. Obraz reżyserii Magine jest festiwalem sprzeczności, konkursem głupoty i niezwykle zużytą kalką różnych pomysłów. Produkcja sama w sobie jest zjadliwa i w pewien sposób sentymentalna, niestety w ostatecznym rozrachunku mogę z czystym sumieniem wyrzucić ją na zawsze ze swojej pamięci, nawet jeśli przyznam, że widziałem gorsze filmy.

Recenzent: Maciej Jędrejko

Neonowi Maniacy
Tytuł oryginalny: Neon Maniacs
Kraj: USA (1986)
Reżyseria: Joseph Mangine
Obsada: Leilani Sarelle, Clyde Hayes, Marta Kober, David Muir
Dystrybutor: Brak

Polecamy także