Muzyka

Night Demon – Darkness Remains

Opublikował

dnia

night demon dr

Amerykańscy maniacy klasycznego heavy występujący pod szyldem Night Demon ujęli mnie już swoją pierwszą EP-ką sprzed pięciu lat, a kiedy później dołożyli do tego zestawu jeszcze parę nowych metalowych hitów i wydali debiutancki album „Curse of the Damned” – byłem już ich oddanym fanem. Panowie mieli wszystko, o czym może marzyć band grający tego rodzaju muzykę: zawodowe logo, kiczowate okładki, groźne tytuły utworów, gitary wypchane bohaterskimi riffami i płuca pełne chwytliwych refrenów. Teraz zaś rzucają na rynek swojego drugiego długograja zatytułowanego „Darkness Remains”, który z jednej strony potwierdza, że nie stracili żadnego z wcześniejszych atutów, ale z drugiej – zwiastuje chyba koniec pewnej epoki w karierze grupy.

No bo popatrzmy: znów jest do bólu przebojowo („Maiden Hell”, „Dawn Rider”, „On Your Own”), znów nie brakuje cudownych rycerskich galopad („Welcome to the Night”, „Hallowed Ground”, „Life on the Run”) i znów bucha co jakiś czas atmosferą wyjętą z zawodowego filmu grozy (instrumentalny „Flight of the Manticore” oraz finałowy, najdłuższy i najmroczniejszy w zestawie „Darkness Remains”), ale w pewnym sensie Night Demon dochodzi tu ściany, którą w przyszłości będzie musiał przebić łbem – albo jakoś sprytnie obejść.

Rzecz w tym, że grupa wyciąga tu absolutną esencję z grania pod Nową Falę Brytyjskiego Heavy Metalu, a w szczególności pod przodownika tego gatunku: Iron Maiden. Najoczywistszym hołdem dla tej grupy jest numer „Maiden Hell”, w którym nie tylko muzyka, ale także tekst i tytuł nawiązują do dokonań słynnych Brytyjczyków (mamy tu przegląd tytułów ich najlepszych utworów, pojawia się charakterystyczny dla Bruce’a Dickinsona okrzyk „Scream for me!” – i tak dalej), ale przecież także dwie kolejne kompozycje – „Life on the Run” i „Dawn Rider” – ewidentnie bazują na maidenowych patentach, do tego stopnia, że niektórzy słuchacze mogą je uznać za półplagiaty. Ja się do tak dramatycznego stwierdzenia nie posunę, bo uważam, że Amerykanie mimo wszystko dają w tych trzech kawałkach sporo od siebie, nie sposób jednak odnieść wrażenia, że podchodzą tu do Maidenów tak blisko, że… bliżej już się chyba nie da. Do tego niemal wszystkie numery z tej płyty (poza tytułowym, który zresztą pod koniec sprawia wrażenie rozciągniętego trochę na siłę) trwają 3-4 minuty i opierają się na bardzo standardowej budowie, w której nie ma miejsca na nic poza zwrotką, refrenem i solówką gitarową.

Choć więc wsłuchiwanie się w „Darkness Remains” sprawia mi niekłamaną przyjemność, obawiam się trochę co będzie dalej. Aby przetrwać, nie zamieniając się przy tym w cover band Iron Maiden, Night Demon będzie jednak musiał wpuścić w swoje granie trochę świeżych inspiracji i poszerzyć trochę paletę dźwięków – a to może się skończyć różnie, o czym przekonał się już niejeden band uprawiający podobne, retro-metalowe poletko (ostatnimi czasy choćby wspaniały niegdyś Steelwing, któremu nie do końca wyszło nowocześniejsze granie na krążku „Reset, Rebot, Redeem” sprzed dwóch lat). Oby Amerykanom udało się znaleźć rozsądne wyjście z tej niełatwej sytuacji – bo przecież nie będziemy młócić tych dziesięciu numerów z „Darkness Remains” przez najbliższych parę dekad. Są dobre, jasne – ale osobiście liczę, że przy odrobinie odwagi i szczęścia Night Demon dopiero pokaże jak naprawdę wstrząsnąć heavy metalem.

4 Stars

Recenzent: Bartłomiej Paszylk

Night Demon – Darkness Remains
Label: SPV (2017)
Dystrybutor: Mystic Production

Polecamy także